2 cze 2013

Wiosenne ładowanie akumulatorów.

Nadal wszędzie energicznie i z wigorem rozlewa się zieloność.
Pęcznieje, wzrasta i raduje oczy.
Wydaje się tak naturalna, jakby była od zawsze.
A przecież jeszcze niedawno droczyła się z nami, zwlekała, żebyśmy bardziej zatęsknili.
Chwilę temu ktoś w tajemnicy porozwieszał na brzozach delikatną mgiełkę oliwkowego pudru.
Niemal niezauważalnie, niemal następnego dnia to już nie była mgiełka, tylko soczysta zielona zasłona.

Wciąż jeszcze z nami wiosna, na trawnikach, krzewach, drzewach.
Codziennie inna, codziennie strojna w nowe odcienie zieleni, kwiatowe wzory.
Dojrzewa na naszych oczach.
Budzę się rano i w promieniach wschodzącego słońca jadę do pracy rowerem.
Czuję ciepło wystawionych do słońca policzków.
Powracają niezawodne piegi.

Wystarczą trampki i świat stoi otworem.
Rolki, własne nogi, rower, nawet kajak :)))
Słoneczny relaks na rozpostartym w trawie kocu.
Popołudniowa kawa na balkonie.
Wieczory, kiedy słychać szelest uwijających się w trawie i zaroślach mieszkańców.
A może to mrówki kończą swój mozolny codzienny trud, kto zgadnie?

Maj tylko śmignął.
A teraz czerwiec.
Z drobnych zachwyceń,
chwil do zatrzymania pod powieką,
Dźwięków radującego się świata.
Do czerpania garściami, póki trwa.
Aparat na półce, zapomniany do momentu gdy zobaczę coś co, oj chciałoby się zatrzymać, utrwalić.
Tak jak wczorajsze maki.
Najczerwieńsze z czerwonych, na tle zieleni, w świetle późnego popołudnia.
Piękne , musicie uwierzyć mi na słowo.

W domu to co innego, można sięgnąć po aparat, o ile się zdąży ;)
Bo w kuchni nieziemsko świeżo, apetycznie i też zielono.
Rankiem zielona szklanka, pełna energii.


Zmiksowany szpinak, połowa melona i jabłko, razem ze skórką.
Smak niesamowity, zdecydowanie z dominacją melona, no ale ten kolor, kolor jedynie słuszny, niemal każe się uśmiechać.
Dla małych za to intensywna czerwień truskawek, wreszcie polskich, z dodatkiem mleka ryżowego.
I tyle, aż tyle.


Na talerzu wije się zielony makaron.


Z całą masą świeżego szpinaku. Znów szpinaku. Sparzonego wrzątkiem na sitku, zmiksowanego i dodanego do żółtek i mąki.


Jest tak piękny, ten makaron :), że nie trzeba już niczego.
No może odrobinę czosnku, oliwy i parmezanu.



21 kwi 2013

Zielony tort na powitanie wiosny


Tak naprawdę jest to przede wszystkim tort na życzenie.
Pewnej Pięciolatki.
Ukochanej małej istoty.
Zakochanej w pluszowym króliku o wyjątkowo długich uszach.
"Bo ja chcę mieć tort z królikiem mamusiu"

Nie mogłam zrobić tortu w kształcie królika, bo któż by go pokroił, a tym bardziej zjadł...
(Chociaż przed samymi urodzinami były przymiarki w rodzaju "to Ty zjesz nogę, a Ja głowę, a Ty ucho", makabreska ćwiczona na owym umiłowanym pluszaku)

Zrobiłam zatem rodzinkę, osadziłam ją w wiosennych okolicznościach przyrody i...

... po raz pierwszy, od kiedy robię torty miałam problem.
Było mi bardzo szkoda go pokroić.
Bo sami popatrzcie jak optymistycznie na tej zielonej polance :)))




Poszperałam trochę na anglojęzycznych stronach i znalazłam inspirację dla prezentowanego tu rozwiązania. Szczególnie kusząca wydała mi się możliwość zaistnienia piętra tortu jako "pnia".
Sprawdziło się, polecam takie rozwiązanie.
Tort to jak zwykle biszkopt z kremem mascarpone i musem owocowym, obłożony masą marcepanową.
W tym roku wyjątek stanowiły figurki . Tu zrezygnowałam z marcepanu na rzecz gotowej masy cukrowej. Marcepan jest bardziej miękki i gorzej zachowuje kształt.


Aha, i jeszcze jedno.
Królik z górnego piętra tortu nadal siedzi, nienaruszony, na komodzie u mojej córki.
Po drodze odpadło mu ucho ale dokleiłam i jest "jak nowy" :)))


17 lut 2013

Z tęsknoty za ... i gofry na śniadanie.


Podobno nawet najbardziej ulubione słodycze mogą się przejeść.
Podobno.
Nie sprawdzałam.
Tak na wszelki wypadek nie fundując sobie przesytu w tej materii.
No tak, ale na to mam jakiś wpływ.
Czasem większy, czasem mniejszy (no bo zachcianki, wiadomo ;)), ale mam.

A na cukier puder, znów sypiący się z nieba, nie mam wpływu wcale.
Szkoda.
Chętnie bym zastąpiła czymś innym ten wygładzony, monotonny, chociaż czasem i owszem, całkiem bajkowy krajobraz.
Dodała trochę blasku, kontrastu, ostrości.
Domalowała pędzlem trochę barw.

Skrzydlaci goście też jakby mniej energiczni, znudzeni.
Jakby zdawali się mówić "Tylko ten słonecznik i słonecznik, odmiany jakiejś, odmiany"


Może to dłuższy dzień, może świadomość, że już druga połowa lutego.
Nie jestem pewna.
Wiem, że w duszy chciałaby grać już wiosna.
Nie tylko w mojej.
W niespełna pięcioletniej też. "Mamo, ja bym chciała, zeby juz było zielono"


Ja na razie łagodzę tęsknotę pękiem kwiecia.
Niespodziankowego, od M., co jeszcze dodaje mu atrakcyjności :)))


Goframi na śniadanie przywołuję wspomnienie nadmorskiej sielanki.
W tym roku znów tam wrócę i na pewno będą gofry, obowiązkowo z wiśniami :)

Maślankowe gofry

i szalenie nieprofesjonalny przepis wagowo-szklankowy, w dodatku mocno orientacyjny


2 jajka
50 g masła
ok 1 szklanki mąki pszennej
ok 2/3 szklanki maślanki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 czubate łyżki cukru
odrobina ekstraktu cytrynowego


Białka oddzielić od żółtek, ubić z łyżką cukru.
W drugiej misce utrzeć żółtka z pozostałym cukrem, dodać ekstrakt waniliowy, maślankę i mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Wlać roztopione masło, wymieszać. Powstanie dość gęste ciasto.
Na koniec delikatnie wmieszać pianę z białek. Ciasto powinno mieć konsystencję śmietany (dla mnie raczej budyniowego musu). Powinno się rozprowadzać łatwo po gofrownicy, ale nie być bardzo lejące.
Gęstość zawsze można regulować mąką i maślanką.


Gofry są bardzo wilgotne w środku, raczej nie biszkoptowe, ale połączenie maślanki i aromatu cytryny wszystkim u nas bardzo smakowało. Dodatek złocistego syropu też im nie zaszkodził, a jak malowniczo wygląda na zdjęciach ;)


26 sty 2013

Mono i w kolorze :)


Od kiedy jest tak monochromatycznie?
Nie pamiętam, dni okryte kołdrą zlewają się w jedno.
Wokół tylko białość.
Chociaż dzisiaj taka z wyższej półki.
Od rana w słońcu, chociaż jakby rozcieńczonym, tańczą lodowe gwiazdki, niczym w rewii, skomplikowaną jakąś choreografię.

"Mamo, mamo, pokażę Ci skarby"
zakrzyknęło me dziecię, rzucając się szczupakiem w nieskalaną dotąd połać, która skrzyła się diamentowo i niezliczenie.


I ja się tak rzucałam, kiedyś.
I rzuciłabym się pewnie jeszcze i teraz (co tam twardość skryta pod połacią i stare kości).
Tylko raczej nie w środku dnia, nie na osiedlowym trawniku.
Jak mnie tęsknota przyciśnie to się rzucę na odludziu.
Albo pod nocy osłoną, w świetle osiedlowej latarni.
Chociaż to już nie to samo :)

Trawnik po "spacerze" wyglądał jak zorany przez dziki.
Żołędzi nie znaleziono, za to zapasy wody na ciężkie czasy, przywędrowały do domu, schowane w butach i rękawiczkach.

W zimowej weekendowej kuchni jest ciekawie.
Się dzieje.
Obiadowo.
Słodkościowo.
Po tygodniu makaronowo - zupowo - racuszkowym (czytaj pośpiesznym), wreszcie jest czas.
A czas to np pizza, taka z dodatkami na zamówienie i dla każdego coś miłego.
Czas to np risotto, z krewetami, cukinią i groszkiem (pyyycha).
Improwizowane ciasta, desery, ciepłe kolacje.
Drożdżowe ciasto, jeszcze ciepłe o 22, ale ciiii....


Ale najlepsze są śniadania.
Wspólne, wielokanapkowe, a każda z czymś innym.
A każda na domowym chlebie.
Dwie dwuosobowe frakcje przy jednym stole - kiełbasa z czosnkiem bleee i kiełbasa z czosnkiem pyyycha.
Okazja, żeby spróbować czegoś nowego.
"Ten ser z tą białą pleśnią nazwiemy sobotni ser, dobrze mamusiu?"
Okazja, żeby w zimowe menu wprowadzić trochę koloru.
I ukręcić pastę, w sam raz do świeżego, choć niepięknego tym razem chleba (z maślanką, ziemniakami, pszenną i żytnią mąką, na zakwasie za to bez przepisu)


Energetyczna pasta z ciecierzycy

2 marchewki,
1 główka czosnku,
2/3 szklanki odparowanej na patelni i ewentualnie dosłodzonej passaty pomidorowej
3 łyżki oliwy,
1 puszka ciecierzycy w zalewie, odsączonej.
sól,
mielony kumin,
cynamon,
chili (wszystkie przyprawy w ilości do smaku)


Marchewki kroimy wzdłuż na 4, skrapiamy oliwą, główkę czosnku kroimy w całości w poprzek (żeby ząbki nie eksplodowały w piekarniku). Układamy na blasze i pieczemy w temp. 180 stopni, do miękkości. Stopień upieczenia sprawdzamy widelcem.
Po wystudzeniu marchewki, wyciśnięty z łupinek czosnek, oliwę, ciecierzycę, pomidory i przyprawy umieszczamy w melakserze (żyrafa też się sprawdzi, chociaż jest trochę uciążliwiej). Miksujemy na gładko albo tylko częściowo, tak żeby pozostały drobne kawałeczki warzyw).
Chowamy do lodówki to, czego nie zjemy w pierwszym impulsie wilczego apetytu.
A, zapomniałabym, ze szczypiorkiem smakowała naprawdę znakomicie, a i więcej koloru i więcej witamin zimą też nie zaszkodzi.