26 sty 2013

Mono i w kolorze :)


Od kiedy jest tak monochromatycznie?
Nie pamiętam, dni okryte kołdrą zlewają się w jedno.
Wokół tylko białość.
Chociaż dzisiaj taka z wyższej półki.
Od rana w słońcu, chociaż jakby rozcieńczonym, tańczą lodowe gwiazdki, niczym w rewii, skomplikowaną jakąś choreografię.

"Mamo, mamo, pokażę Ci skarby"
zakrzyknęło me dziecię, rzucając się szczupakiem w nieskalaną dotąd połać, która skrzyła się diamentowo i niezliczenie.


I ja się tak rzucałam, kiedyś.
I rzuciłabym się pewnie jeszcze i teraz (co tam twardość skryta pod połacią i stare kości).
Tylko raczej nie w środku dnia, nie na osiedlowym trawniku.
Jak mnie tęsknota przyciśnie to się rzucę na odludziu.
Albo pod nocy osłoną, w świetle osiedlowej latarni.
Chociaż to już nie to samo :)

Trawnik po "spacerze" wyglądał jak zorany przez dziki.
Żołędzi nie znaleziono, za to zapasy wody na ciężkie czasy, przywędrowały do domu, schowane w butach i rękawiczkach.

W zimowej weekendowej kuchni jest ciekawie.
Się dzieje.
Obiadowo.
Słodkościowo.
Po tygodniu makaronowo - zupowo - racuszkowym (czytaj pośpiesznym), wreszcie jest czas.
A czas to np pizza, taka z dodatkami na zamówienie i dla każdego coś miłego.
Czas to np risotto, z krewetami, cukinią i groszkiem (pyyycha).
Improwizowane ciasta, desery, ciepłe kolacje.
Drożdżowe ciasto, jeszcze ciepłe o 22, ale ciiii....


Ale najlepsze są śniadania.
Wspólne, wielokanapkowe, a każda z czymś innym.
A każda na domowym chlebie.
Dwie dwuosobowe frakcje przy jednym stole - kiełbasa z czosnkiem bleee i kiełbasa z czosnkiem pyyycha.
Okazja, żeby spróbować czegoś nowego.
"Ten ser z tą białą pleśnią nazwiemy sobotni ser, dobrze mamusiu?"
Okazja, żeby w zimowe menu wprowadzić trochę koloru.
I ukręcić pastę, w sam raz do świeżego, choć niepięknego tym razem chleba (z maślanką, ziemniakami, pszenną i żytnią mąką, na zakwasie za to bez przepisu)


Energetyczna pasta z ciecierzycy

2 marchewki,
1 główka czosnku,
2/3 szklanki odparowanej na patelni i ewentualnie dosłodzonej passaty pomidorowej
3 łyżki oliwy,
1 puszka ciecierzycy w zalewie, odsączonej.
sól,
mielony kumin,
cynamon,
chili (wszystkie przyprawy w ilości do smaku)


Marchewki kroimy wzdłuż na 4, skrapiamy oliwą, główkę czosnku kroimy w całości w poprzek (żeby ząbki nie eksplodowały w piekarniku). Układamy na blasze i pieczemy w temp. 180 stopni, do miękkości. Stopień upieczenia sprawdzamy widelcem.
Po wystudzeniu marchewki, wyciśnięty z łupinek czosnek, oliwę, ciecierzycę, pomidory i przyprawy umieszczamy w melakserze (żyrafa też się sprawdzi, chociaż jest trochę uciążliwiej). Miksujemy na gładko albo tylko częściowo, tak żeby pozostały drobne kawałeczki warzyw).
Chowamy do lodówki to, czego nie zjemy w pierwszym impulsie wilczego apetytu.
A, zapomniałabym, ze szczypiorkiem smakowała naprawdę znakomicie, a i więcej koloru i więcej witamin zimą też nie zaszkodzi.