1 maj 2011

Domowy makaron


Miało być owocowo. Miało być na słodko.
No i nie jest :)
Tamten temat nie ucieknie.
Dzisiaj muszę o czymś innym. Po prostu muszę.

To pewnie znów wpływ niedzieli. Nie mogło być tak zwyczajnie.
Nic to, że ostatnio jakoś nie mam głowy do kuchennych nowości i wzlotów.
Nadal zdarza się, jak dziś, że coś mną zawładnie.
Sos na bazie pomidorów był już właściwie gotowy kiedy posłuchałam wewnętrznych podszeptów i ... 


W misce wylądowało 300 g mąki, 3 prawdziwie ekologiczne jajka, z naprawdę zółtymi żółtkami.
To w zasadzie powinno być już wszystko, ale przyznam się.
Dodałam 2 łyżki stołowe wody.
Tak dla własnego komfortu.
Żeby zagniatanie ciasta nie zamieniło się w zapasy.


Wyrabianie to świetny relaks, taki dla mózgu.
Porządkuje myśli, pozwala skupić się na rytmie prostych powtarzalnych ruchów dłoni.
Bezładna mieszanina zamienia się powoli w gładką, złocistą kulę.
Po przekrojeniu wyłania się niezliczona ilość bardzo drobnych dziurek.
Chyba to znak, że wyrabiałam z pasją ;)

Później zaczyna się prawdziwa walka.
Z ciastem makaronowym już tak jest, że wałkuje się ciężko.
Bo jest jak guma. Wraca spod wałka i wraca.
Tylko, że to kwestia determinacji. Wreszcie się poddaje i zaczyna współpracować.



Potem jest już tylko łatwiej, z górki.
Wystarczy omączone placki zrolować, pokroić na dowolnej szerokości ślimaczki.
Zanurzyć w nie palce i lekko podrzucając, rozwinąć długaaaśne makaronowe wstęgi.


Lubię wygląd świeżych domowych wstążek.
Takich surowych właśnie.
Przyprószonych bielą mąki, długich, lekko nierównych (bo równe to kroiła kiedyś tylko moja babcia).
W tym po części tkwi urok całej tej zabawy.
To nie mają być kluski jak z fabryki.
Bo takie to mamy na co dzień. W wielkim wyborze kształtów.


Po ugotowaniu już tylko skrapiam gorące odrobiną oliwy i mieszam.
A one tak cudnie wtedy szeleszczą.
Nie są gładkie. Takie lekko "kostropate". Jędrne.
Wszyscy podkradamy je z talerzy, "na sucho".
Moje dzieci najchętniej pozostałyby przy takiej właśnie wersji.


Pozostało już tylko ożywić talerze odrobiną koloru.
Nie oszukujmy się, sos, który miał być głównym bohaterem tego obiadu, jakoś tak nagle zmienił się w zaledwie dodatek. Bardzo smaczny ale jednak :)))