26 lut 2011

Ma w sobie to coś

Słońce odwiedza dzisiaj każdy zakamarek naszego domu.
Szyby okienne grzeją się w jego cieple.
I chodniki.
I arktyczny ziąb jakby trochę odpuścił. Ciii, nie zapeszajmy.
To niemal jak święto, po tylu najpierw pochmurnych, potem prawdziwie mroźnych dniach.
Chciałabym wystawić twarz do światła, nagromadzić trochę tej energii, tak na zapas, bo przecież to jeszcze nie wiosna.
Niestety, nie jestem dziś najlepszą kandydatką na spacer, z nosem czerwonym jak latarnia, hukiem parowozu w głowie, po dwóch dniach przykucia do łóżka i nadrabiania czytelniczych zaległości.


Przeczytałam wreszcie "Kill Grill, restauracja od kuchni" Anthonego Bourdaina, prawie dwa lata po tym jak dotarła na moją półkę. Fascynująca, zaskakująco dobrze napisana, szczególnie jak się weźmie pod uwagę mnogość nazwisk, miejsc, potraw, składników i innych szczegółów. No i tempo, pracy i życia, w którym nie ma czasu na sen. Może dlatego tak szybko i bez wytchnienia dała się pochłonąć.
W recenzjach czytałam głównie o tym, ile się można dowiedzieć z tej książki na temat niecnych restauracyjnych praktyk. Czego w restauracjach należy unikać, a czego wręcz przeciwnie. Co też się dzieje za ich kuchennymi drzwiami.
Dla mnie to przede wszystkim portret człowieka, niełatwego, zadzierającego z losem.
Nie do końca sympatycznego.
Człowieka, którego siłą napędową do kariery, przynajmniej na początku, nie była wcale miłość do dobrego jedzenia, tylko ambicja, upór i zawziętość. Widać to już na pierwszych stronach, kiedy jako dziewięciolatek przeżywa swoje pierwsze w życiu spotkanie z ostrygą.
Człowieka prezentującego się bez odrobiny lukru czy nawet pudru.
Kto wie ile w tym autokreacji, w końcu to jego własna książka. Jeżeli kiedyś wpadnie Wam w ręce, polecam.


Nie wiem, czy to wścibskie słońce, czy wpływ kulinarnej czytelniczej podróży? Czuję się już jednak nieco lepiej i postanowiłam zrobić sobie jakieś dobre śniadanie.


Sałatka to zawsze świetne wyjście, kiedy zegar nie tyka zbyt natrętnie i daje szansę poszperać w czeluściach lodówki i spiżarni. Bo sałatkowych połączeń może być niezliczona ilość. Im odważniej zaczyna się ze sobą mieszać składniki, robić nietypowe zestawienia, tym większy wachlarz możliwości się przed nami otwiera.
Czasem w wyniku tych miksów powstaje coś co da się zjeść, czasem coś fajnego ale..., czasem "o! ale dobra sałatka Ci wyszła". Raz na jakiś czas powstaje sałatka, która ma w sobie TO coś, taka bez wątpienia do zapamiętania, nie wymagająca domieszania tego czy owego. Skończona, do zapisania i powtarzania.

Sałatka z tuńczykiem, pomarańczą i curry

składniki:
na 2 duże talerze

puszka tuńczyka w kawałkach
2 duże garście endywii, lub innej zimowej sałaty (może być lodowa)
2 łodygi selera naciowego
1 duża albo 2 małe pomarańcze

sos:
1 czubata łyżka greckiego jogurtu
1 czubata łyżka majonezu
przyprawa curry (ok 1/2 łyżeczki)
szczypta kurkumy
kilka kropli soku z cytryny
sok pozostały po filetowaniu pomarańczy

Wymieszać w miseczce wszystkie składniki sosu.
Sałatę opłukać, porwać na kawałki, ułożyć na talerzach. Na środku ułożyć kawałki odsączonego tuńczyka, dookoła. Wyfiletować pomarańczę i ułożyć wykrojone cząstki, bez błonek na sałacie, dookoła tuńczyka. Resztę soku ze "szkieletu" pomarańczy dodać do sosu.
Posypać sałatkę pokrojonym w ukośne plasterki selerem naciowym. Polać sosem, można posypać dodatkowo odrobiną curry i gotowe.



Smacznego :)

22 lut 2011

Białe wspomnienia i czekoladowy suflet

Lasy otulone błękitną poświatą.
Bezkreśnie skrzące się pola.
Płaskie, zamarznięte, białe tafle, obwiedzione aureolą drzew.
Siwe pióropusze trzcin.
Koronkowe ażury polnych zarośli.

Białe pupy saren przemykające tuż przed samochodem.
I przepastne czarne oko jednej z nich, patrzące prosto na mnie.
Napuszone pierzaste drapieżniki, grzejące się tu i tam na gałęzi.
Czerwone jak samochód strażacki, grubiutkie gile, podrywające się do lotu niemal tuż spod kół.
Rogaty "pociąg" przycupnięty w promieniach słońca, wzdłuż miedzy.

Wszystko utrwalone w kadrach mojej pamięci, tylko pamięci. Aparat został w domu, a gdyby nawet, liczył się czas, licznik zbyt ochoczo nabijał kolejne kilometry.
Taki był mój weekend.
Głównie w podróży.
Raczej śnieżnobiały niż czekoladowy.
Mimo planów i zapasów ciemnobrązowej, aksamitnej słodyczy.

Postanowiłam nie przejmować się i nadrobić to, nieważne nawet, że spóźniona.
Poszperałam i znalazłam u Komarki nieskomplikowany wydawałoby się przepis.

Suflet czekoladowy

50 g ciemnej czekolady
250 ml mleka
60 g masła
3 łyżki mąki
cukier puder do posypania foremek
4 jajka
2,5 łyżki miałkiego cukru
1 łyżka kakao

Pokruszoną czekoladę zalać prawie gotującym się mlekiem i mieszać aż się
rozpuści. W rondelku roztopić masło i dodać mąkę. Gotować na małym ogniu
przez minutę. Stopniowo wlewać czekoladowe mleko ciągle mieszając.
Doprowadzić do wrzenia i odstawić do całkowitego ostygnięcia. Foremki do
sufletów (z tego przepisu wychodzi ok. 6 porcji) wysmarować masłem i oprószyć
cukrem pudrem. Odzielić żółtka od białek. Żółtka wymieszać z masą
czekoladową, a białka ubić na sztywną pianę z cukrem. Na końcu ubijania
wmieszać kakao. Pianę połączyć delikatnie z masą czekoladową. Napełnić
foremki i każdą posypać cukrem pudrem. Wstawić do nagrzanego do 180 stopni
piekarnika i piec ok. 15-20 min. Posypać przesianym cukrem pudrem i podawać
na ciepło.



Rósł nieco nieortodoksyjnie, nierówno. Teraz już wiem, że powinnam lepiej (czyli wzdłużnie) wysmarować foremki, nawet je zamrozić przed pieczeniem.
Zaniepokojona byłam już kiedy uchyliłam piekarnik i suflet zaczął opadać. Nieprzygotowana do zajęć biegałam jak oszalała, organizując sobie "plan zdjęciowy" i wołając "o ooopada, oopada"


Za to pyszny był niezmiernie. Największą jego zaletą oprócz konsystencji i struktury, której nie mogłam w pełni docenić, był jego smak, wytrawnie czekoladowy, mało słodki.


Wyjęłam nawet jednego z foremki, wiem, niezgodnie ze sztuką ale fascynowało mnie jaki będzie po przekrojeniu, to sobie sprawdziłam.


Już wiem, że muszę spróbować ponownie, bo po pierwsze łatwo się nie poddaję i musi mi wyjść taki piękny równy i książkowy. Po drugie zaś smak wart jest tego, to pewne.

14 lut 2011

To cóż, że ze Szwecji :)


W najbliższą sobotę pewien mały dżentelmen zza morza będzie obchodził urodziny.
Ciekawe, jak poradzi sobie ze zdmuchnięciem aż dwóch świeczek.

Właśnie upiekłam i polukrowałam specjalne, urodzinowe ciasteczka.
Jutro o świcie zostaną nadane pocztą lotniczą (w walizce babci ;)) i trafią prosto w ręce adresata.
Mam nadzieję, że zabłysną radością błękitne oczy i buzia się roześmieje.

Zastanawiałam się jaki ciasteczkowy przepis wybrać na tę okazję. Wybór padł na przepyszne ciasteczek Nigelli, z jej książki "Nigella gryzie".

Bardzo łatwe w obróbce ciasto, które się dobrze wałkuje, szczególnie po leżakowaniu w lodówce. Ciasteczka szybko się pieką, robiąc się przyjemnie rumiane i chrupiące. Mają delikatny migdałowy smak. Nie zmieniają kształtu, co czyni je idealnymi do lukrowania.


Ciasteczka Nigelli Lawson

Składniki:

175 g miękkiego masła
200 g cukru brązowego
2 jaja
1/4 łyżeczki esencji migdałowej (ja dałam cukier waniliowy, bo olejek migdałowy toleruję tylko w makowcu)
50 g mielonych migdałów (u mnie bez skórki)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka soli (u mnie nie było soli bo domownicy wyczuwają ją w ciasteczkach i grymaszą)

Przygotowanie:

Piekarnik rozgrzać do 180 C.

Masło utrzeć, stopniowo dodać cukier, jaja, esencję i miksować wszystko do połączenia składników.
W innej misce wymieszać mąkę, proszek do pieczenia, mielone migdały, sól. Stopniowo dodawać suche składniki do mokrych, wyrobić gładkie ciasto, w razie potrzeby dodać mąki, jeżeli nie będzie chciało się zlepić.
Ciasto podzielić na dwie części, owinąć w folię i wstawić do lodówki na conajmniej godzinę.
Po wskazanym czasie wyjąć kulę ciasta z lodówki, blat lub stolnicę posypać mąką, ciasto rozwałkować na grubość ok. 0,5 cm i wykrawać ciasteczka. Tak samo postąpić z drugą kulą ciasta.
Piec ok. 8-12 min. w zależności od wielkości ciasteczek.

Lukier robiłam taki sam jak do pierniczków, czyli szklanka cukru pudru na dwie łyżeczki proszku bezowego i ok. 3 łyżki wody. Do tego barwniki według uznania.
 

8 lut 2011

Ciężkie powroty i autorskie ciasto

Nie mogę się pozbierać. Rozłażę się po kątach.
Wchodzę tu, widzę to świąteczne zdjęcie dawno już nieistniejącej choinki. Owszem, denerwuje mnie ono niezmiernie, ale i tak mi się nie chce.
Gotuję oczywiście nadal. I piekę też. Tylko jakoś tak... Bo blog to przecież coś więcej. Coś czego teraz nie mam, choć chciałabym to odnaleźć.
Czegoś brak.
Samodyscypliny?
Bo zapominam zrobić zdjęcie i ani się obejrzę a już wszystko zjedzone.
A może to zima?
Bo nadal narzekam na sztuczne światło.
Roztargnienie?
Bo ani się obejrzę a ciasto, czy chleb już wymieszane w misce na oko, bez ważenia składników.
Lenistwo?
Bo sklecenie notki wydaje mi się zadaniem ponad siły ;)
Wszystkiego po trochu.
Czekam na ... sama nie wiem na co... Jakiś impuls mi potrzebny, symboliczny kopniak na rozpęd :)

Tymczasem postanowiłam się przemóc, tym bardziej, że wyszło mi przypadkowo świetne ciasto, wymyślone od początku przeze mnie.

Ciasto krucho drożdżowe z jabłkami i powidłami.

ciasto:

2,5 szklanki mąki pszennej (ilość orientacyjna, można dosypać)
3/4 szklanki mielonych orzechów laskowych
1 kostka masła 200g
2 jajka
1 czubata łyżka gęstej śmietany
1/2 szklanki brązowego cukru
kulka świeżych drożdży wielkości orzecha włoskiego

wnętrze: 

4 czubate łyżki powideł śliwkowych
3 duże jabłka szarlotkowe (np złote renety)
marcepanowy baton (bez czekolady)
opakowanie migdałów w słupkach

Mąkę rozetrzeć dokładnie w palcach z drożdżami, wymieszać z cukrem i orzechami. Zetrzeć na tarce masło i rozetrzeć z mieszanką mączną. Zrobić wgłębienie, wbić jajka, dodać śmietanę. Wyrobić gładkie ciasto. Odstawić w chłodne miejsce (może być nawet lodówka) na kilka godzin.

Marcepan włożyć do lodówki. Formę do tarty o średnicy 28 cm (do mniejszej trzeba użyć mniej ciasta, chyba, że ktoś lubi grube) wysmarować masłem. Wykleić formę 2/3 ciasta. Resztę trzymać w chłodzie. Obrać jabłka i pokroić w plasterki. Na cieście rozprowadzić powidła, na to wyłożyć jabłka. Na wierzch zetrzeć na tarce marcepan. Na to resztę ciasta (zetrzeć albo rozwałkować, obie opcje dozwolone). Posypać słupkami migdałów i lekko docisnąć.
Piec w nagrzanym piekarniku, aż do zrumienienia migdałowego wierzchu.

Ciasto jest przepyszne. Orzechowy spód ze strukturą nieco bardziej miękką, niż ciasto kruche, to pewnie dzięki dodatkowi drożdży. Powidła świetnie kontrastują z kwaskowymi jabłkami. Wszystko delikatnie podkręcone marcepanowo-migdałowym akcentem.