26.04.2016

Tort - "tylko bez lukru plastycznego, mamo"


Jak co roku w kwietniu przyszło mi zmierzyć się z tortem urodzinowym dla jednej z dwóch księżniczek ;)
W tym roku poprzeczka zawędrowała wysoko. Tak jak w tytule, miało być bez lukru plastycznego, bo "tego nie da się zjeść takie jest słodkie".
Wskazówki w rodzaju "taki zwykły tort mamo" były bardzo, no ale to bardzo pomocne.
Kiedy jeszcze ostatniego dnia, dosłownie za pięć dwunasta, dziecina zaczęła pękać, że może jednak "tak tylko trochę tego lukru, na samym środku, żeby można było zdjąć", pomyślałam sobie - nie może on być, tort ten, taki znów zwykły. Bo niby jak to, u mnie zwykły tort???
Że się dziecko nie zachwyci? nie będzie łał?
Całe piątkowe popołudnie, nie mówiąc o pokaźnej części soboty, spędziłam buszując w internetowych otchłaniach. Głowę napakowałam koncepcjami. Zaczerpnęłam inspiracji. Później i tak zrobiłam mniej lub bardziej po swojemu.

Tort klasyczny - zwykły ;)
ale nieco udekorowany
zachwyt był a przy okazji wypróbowałam kilka nowych dla mnie technik i sposobów na podejście do tematu.
Na przykład pisanie roztopioną czekoladą bezpośrednio na powierzchni tortu.
Czułam się trochę jakbym ozdabiała torcik wedlowski ;)))


Żelowa polewa z białej czekolady jest po prostu do zakochania się. Wdzięczna w produkcji i bezproblemowa w obsłudze. Nie za słodka. No i ten wygląd. Połowie domowników skojarzyła się krwiście, a nie tak jak było zamierzone, po prostu truskawkowo.
W każdym razie miała malowniczo spływać po bokach (takie zamówienie) i tak właśnie było.


I wiem, że zgodnie ze sztuką powinnam zrobić eleganckie zdjęcie pięknie ukrojonego kawałka na talerzyku.
Ale nie zrobiłam. Zrobiła je moja mama.

Ja zrobiłam za to zdjęcie tego, co zostało. Jak już się wszyscy nasycili i przestałam zajmować się dokrajaniem.
Warstwy widać mimo wszystko, a o to w końcu chodzi :)


18.08.2015

Letnia łąka - tort malowany farbami


Słońce, słońce i jeszcze raz słońce.
Wlewa się przez okna, praży i roztapia.
Schowana przednim za opuszczonymi roletami nie miałam specjalnej ochoty na gotowanie, zadowalałam się owocami, warzywami, hummusem, czasem jakimś makaronem, ale to wieczorem, wtedy kiedy złota kula, zmęczona wielogodzinną inwigilacją, udawała się na zasłużony odpoczynek.

Zrobienie w taką pogodę tortu wymagało dużego samozaparcia.
A już ozdobienie go i utrzymanie w jako takim stanie aż do nadejścia gości było nie lada sztuką.

Chciałam nie bawić się zbyt długo w wycinanie, lepienie figurek czy innych skomplikowanych przestrzennych ozdób.
Z drugiej strony ciągle jeszcze mam potrzebę żeby się sprawdzić, zrobić coś zupełnie nowego, czego wcześniej nigdy nie próbowałam. Najlepiej mi się chyba pracuje na adrenalinie: wyjdzie? nie wyjdzie?


Zdecydowałam się na farby spożywcze i powrót do tego co kiedyś kochałam. Machanie od niechcenia pędzelkiem i tym razem okazało się być relaksującym zajęciem. Najmilszym etapem całych tortowych przygotowań.
Motyw letniej, ukwieconej łąki idealnie wpasował się w klimat tego niezwykłego przecież sierpnia.
Dodatkowo, a może przede wszystkim spodobał się też Zuzi, która tego roku wyjątkowo upodobała sobie brykanie po wszelkich łąkach i łowienie motyli.



Do malowania po tortach farbami na pewno jeszcze wrócę.

24.04.2015

Tort i dwa, zaginione? robaczki :)


Miało być prosto.
Żeby się nie zagrzebać w niedzielny wieczór.
Bo prawda jest taka, że formowanie lukru i uzyskanie efektu zgodnego z oczekiwaniami nadal sprawia mi trudności. Może zbyt rzadko robię torty z dekoracją.
W każdym razie chciałam, żeby wyzwanie nie było karkołomne ;)

"Robaczki z zaginionej doliny" to jeden z ulubionych filmów w naszej rodzinie.
Oglądany już wielokrotnie, z ulubionymi momentami, które naprawdę trzymają w napięciu, nawet dorosłych.

Kto nie oglądał, niech nadrobi, bo pełna niebezpieczeństw podróż na puszce pełnej cukru wciągnie każdego.
I jeszcze ta charakterystyczna gwizdana rozmowa biedronki i mrówki, ech chyba obejrzę jeszcze raz :)))

Jubilatka była zachwycona, szczególnie, że temat przewodni tortu był dla niej całkowitą niespodzianką.

Za to dziadkowie, nieznający filmu, poczuli się chyba nieco zawiedzeni.
Czyżbym za wysoko podniosła poprzeczkę?





06.08.2014

Morelowe miraże


Znalazłam.
Chyba, bo niczego nie można być pewnym;)
Chociaż ta miłość trwa już kolejne lato.

Mój najjjjj...
Bo to jest przecież sam optymizm i uśmiech.
Kolor, jak przez zamknięte oczy skierowane w słońce.
Miękkość puchowej poduszki,
w dodatku pokrytej aksamitem.
Gdzieniegdzie zawadiackie piegi, niczym na opalonym nosie :)


I ten szelest, przy rozrywaniu owocu rękami,
i te drobinki miąższu, mieniące się w słońcu,
zapraszające do zatopienia się,
w smaku,
w cieple,
w kwintesencji lata.


Najlepiej jeszcze prosto z torby, a kiedy już się nasycę...
może jakiś kontrapunkt, pozwalający tym bardziej jaśnieć i mamić...
Odrobina borówkowych dam dworu, puchowy jogurt i, specjalnie dla łasuchów, łyżeczka tegorocznego, rzepakowego miodu.
Morelowo mi, tego lata.


23.07.2014

Trzy tortowe wspomnienia

Niech będą tutaj.
Żeby nie szukać wśród mnogości zatrzymanych rodzinnych chwil.
Trochę z kronikarskiego obowiązku.
Bo sie ostatnio do fotografii nie przykładam.
Za dużo wokół się dzieje.
Kolorowo i dynamicznie.
Po prostu jestem wewnątrz tych chwil, nie ukryta za aparatem.

Zeszłoroczny basen, z fascynacji początkami pływania.
Jak zwykle u mnie nie obyło się bez "drobnych" wpadek.
Jak przystało na  poważny akwen, galaretka naprawdę płynęła,
"jak prawdziwa woda" jak sceptycznie nieco powiedziała solenizantka.


Tegoroczny koszyk.
Na życzenie.
Koniecznie z kurczaczkiem.
Bo urodziny były dokładnie w niedzielę wielkanocną.
Jajka z kruchego ciasta, puste w środku, jak najbardziej jadalne.
Za to wnętrze z czekoladowego biszkoptu, z kremem mascarpone i domową frużeliną wiśniową.



No i najprostszy błotny tort.
Wiem, mnóstwo osób go robiło, widziałam bardzo wiele wersji.
Cóż z tego, skoro Zuzia zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia.
Bo Zuzia, o czym sama doskonale wie, najbardziej uwielbia "p-a-s-k-u-d-z-i-ć" :))))
Dostała więc osiem różowych świnek na 8 lat.
W środku, a jakże czekoladowy biszkopt i mus ze świeżymi malinami.


02.06.2013

Wiosenne ładowanie akumulatorów.

Nadal wszędzie energicznie i z wigorem rozlewa się zieloność.
Pęcznieje, wzrasta i raduje oczy.
Wydaje się tak naturalna, jakby była od zawsze.
A przecież jeszcze niedawno droczyła się z nami, zwlekała, żebyśmy bardziej zatęsknili.
Chwilę temu ktoś w tajemnicy porozwieszał na brzozach delikatną mgiełkę oliwkowego pudru.
Niemal niezauważalnie, niemal następnego dnia to już nie była mgiełka, tylko soczysta zielona zasłona.

Wciąż jeszcze z nami wiosna, na trawnikach, krzewach, drzewach.
Codziennie inna, codziennie strojna w nowe odcienie zieleni, kwiatowe wzory.
Dojrzewa na naszych oczach.
Budzę się rano i w promieniach wschodzącego słońca jadę do pracy rowerem.
Czuję ciepło wystawionych do słońca policzków.
Powracają niezawodne piegi.

Wystarczą trampki i świat stoi otworem.
Rolki, własne nogi, rower, nawet kajak :)))
Słoneczny relaks na rozpostartym w trawie kocu.
Popołudniowa kawa na balkonie.
Wieczory, kiedy słychać szelest uwijających się w trawie i zaroślach mieszkańców.
A może to mrówki kończą swój mozolny codzienny trud, kto zgadnie?

Maj tylko śmignął.
A teraz czerwiec.
Z drobnych zachwyceń,
chwil do zatrzymania pod powieką,
Dźwięków radującego się świata.
Do czerpania garściami, póki trwa.
Aparat na półce, zapomniany do momentu gdy zobaczę coś co, oj chciałoby się zatrzymać, utrwalić.
Tak jak wczorajsze maki.
Najczerwieńsze z czerwonych, na tle zieleni, w świetle późnego popołudnia.
Piękne , musicie uwierzyć mi na słowo.

W domu to co innego, można sięgnąć po aparat, o ile się zdąży ;)
Bo w kuchni nieziemsko świeżo, apetycznie i też zielono.
Rankiem zielona szklanka, pełna energii.


Zmiksowany szpinak, połowa melona i jabłko, razem ze skórką.
Smak niesamowity, zdecydowanie z dominacją melona, no ale ten kolor, kolor jedynie słuszny, niemal każe się uśmiechać.
Dla małych za to intensywna czerwień truskawek, wreszcie polskich, z dodatkiem mleka ryżowego.
I tyle, aż tyle.


Na talerzu wije się zielony makaron.


Z całą masą świeżego szpinaku. Znów szpinaku. Sparzonego wrzątkiem na sitku, zmiksowanego i dodanego do żółtek i mąki.


Jest tak piękny, ten makaron :), że nie trzeba już niczego.
No może odrobinę czosnku, oliwy i parmezanu.



21.04.2013

Zielony tort na powitanie wiosny


Tak naprawdę jest to przede wszystkim tort na życzenie.
Pewnej Pięciolatki.
Ukochanej małej istoty.
Zakochanej w pluszowym króliku o wyjątkowo długich uszach.
"Bo ja chcę mieć tort z królikiem mamusiu"

Nie mogłam zrobić tortu w kształcie królika, bo któż by go pokroił, a tym bardziej zjadł...
(Chociaż przed samymi urodzinami były przymiarki w rodzaju "to Ty zjesz nogę, a Ja głowę, a Ty ucho", makabreska ćwiczona na owym umiłowanym pluszaku)

Zrobiłam zatem rodzinkę, osadziłam ją w wiosennych okolicznościach przyrody i...

... po raz pierwszy, od kiedy robię torty miałam problem.
Było mi bardzo szkoda go pokroić.
Bo sami popatrzcie jak optymistycznie na tej zielonej polance :)))




Poszperałam trochę na anglojęzycznych stronach i znalazłam inspirację dla prezentowanego tu rozwiązania. Szczególnie kusząca wydała mi się możliwość zaistnienia piętra tortu jako "pnia".
Sprawdziło się, polecam takie rozwiązanie.
Tort to jak zwykle biszkopt z kremem mascarpone i musem owocowym, obłożony masą marcepanową.
W tym roku wyjątek stanowiły figurki . Tu zrezygnowałam z marcepanu na rzecz gotowej masy cukrowej. Marcepan jest bardziej miękki i gorzej zachowuje kształt.


Aha, i jeszcze jedno.
Królik z górnego piętra tortu nadal siedzi, nienaruszony, na komodzie u mojej córki.
Po drodze odpadło mu ucho ale dokleiłam i jest "jak nowy" :)))