31 mar 2010

Jej puchatość ...


Dziś czas na prawdziwą królową. Pyszną, drożdżową babkę.

Przepis na frapujące, bo bogate w masło drożdżowe ciasto wypatrzyłam w ciastowej książce Pana Roux.
Zdjęcia były bardzo sugestywne.
Lubię drożdżówki, które mają strukturę kłaczkowatą, trochę jak wata. Nie kruszą się, nie mają okrągłych dziurek, tylko podłużne pasma. Ta taka była. Obiecywała wiele :)
Zmodyfikowałam trochę przepis, redukując ilość masła (375g na 500g mąki to było trochę za wiele jak dla mnie). Dodałam też nieco więcej cukru, no i oczywiście świąteczne dodatki. Białą czekolada, żurawiny i pomarańczowy aromat to było to.

Efekt znakomity, ciasto ma niepowtarzalną strukturę, jest niesamowicie puchate.

Modelka nie doczekała sesji w świetle dziennym. Została dosłownie rozszarpana w mrokach nocy ;)
 Na zdjęciach przedstawiam Wam tylko fragment babki, to co zostało po tym jak się wszyscy na nią rzucili zbyt szybko.
Powinnam raczej powiedzieć, że jest to fragment babiszona, ponieważ jest to, a raczej była ogromna baaaaaba.
Efekt wpakowania całego ciasta do jednej foremki, licząc na nie wiem w sumie co? Że nie wyrośnie aż tak? Przecież już w trakcie wyrabiania miała potencjał. Potem ciasto nabierało mocy w kolejnych wyrastaniach. Szło do góry jak burza. W efekcie w piekarniku miałam olbrzymi grzyb dwa razy wyższy niż sama foremka.

Jednak jest to niewątpliwie najlepsza babka, jaką zdarzyło mi się jeść.
Wiem, nieskromnie, ale taka jest prawda.


Maślana baba drożdżowa
inspirowana przepisem na bułkę maślaną z książki M. Roux "Ciasta pikantne i słodkie"

z podanych proporcji wychodzą dwie babki

550 - 600 g mąki pszennej, użyłam Manitoby
(to dodatkowe 50 g zużyłam do podsypywania ale można pominąć)
6 jajek
15 g drożdży świeżych
70 ml letniego mleka
300 g miękkiego masła
1/2 łyżeczki soli
50 g cukru pudru
kilka kropli aromatu pomarańczowego

150 g suszonych żurawin
100 g białej czekolady pokrojonej w kosteczkę




Drożdże rozkruszyć i rozpuścić w ciepłym mleku. Poczekać aż lekko zabąbelkują. Mąkę wymieszać w misce z solą. Wbić jajka. Dolać drożdże z mlekiem. Wyrobić łyżką w miarę gładkie ciasto. Wszystkie składniki muszą być dokładnie połączone. 
Miękkie masło wymieszać dokładnie z cukrem pudrem.
Partiami dodawać do ciasta, za każdym razem dokładnie wrabiając. Wyrabiać ciasto przez ok 10 min. Będzie bardzo luźne i takie ma być. Rękami posmarowanymi resztą masła uformować kulę i odstawić do wyrośnięcia na ok 1,5 godziny.
Po tym czasie odgazować, uderzając parę razy pięścią. Złożyć ciasto kilkukrotnie i odstawić do ponownego wyrośnięcia w chłodne miejsce. U mnie był to balkon. Tym razem na 2 godziny.
Po tym czasie wyjąć ciasto na lekko omączoną stolnicę, rozciągnąć w płaski placek. Rozłożyć na cieście pokrojoną w kostkę czekoladę, posypać żurawinami. Złożyć ciasto kilka razy na trzy (rozpłaszczyć ciasto dłońmi, złożyć do środka 1/3 ciasta, na to kolejną 1/3, przekręcić całość o 90 st. , znów lekko rozpłaszczyć i powtórzyć składanie).
Podzielić ciasto na dwie porcje. Włożyć do posmarowanych masłem foremek babkowych (śr. ok 22 - 24 cm).
Zostawić do wyrośnięcia.
Piec w temperaturze 180 stopni przez 45 min. Można krócej, po prostu trzeba sprawdzić patyczkiem, czy ciasto jest już upieczone.


 
Przed pokrojeniem babkę należy dobrze ostudzić. Najpierw ok 20 min w formie, potem wyjętą, na kratce. I tutaj jest czas na prawdziwą próbę cierpliwości.
Jest bardzo lekka i krojenie jej świeżej to nie najlepszy pomysł.
Natomiast zapach, rozchodzący się po mieszkaniu jest tak zniewalający, że  o wstrzemięźliwośc naprawdę ciężko.

30 mar 2010

Babka orzechowa z nutellą


Babka to królowa Wielkanocy.
Pyszni się na stole, jak królowa w szerokiej, falbaniastej sukni.
Muślinowa, szyfonowa, pod taftową powłoką z ciemnej czekolady albo zwiewną tiulową powłoczką z cukru pudru.

Nie przepadam za klasycznymi babkami piaskowymi.
To znaczy lubię je, ale jako codzienne ciasto popołudniowe, do herbaty.
Nie na Wielkanoc.
Na Wielkanoc wolę baby drożdżowe (taką oczywiście też zrobiłam ;))
Z tym, że to ja i moje upodobania. Są też w mojej rodzinie tacy, co za drożdżowymi wypiekami nie przepadają, delikatnie rzecz ujmując.
Dla nich prowadzę poszukiwania.

Dziś pierwszy z moich przedświątecznych eksperymentów.
Wypatrzony na blogu Dorotus.
Wiedziałam, że mogę się po tym przepisie spodziewać czegoś dobrego.
Rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.
Wielbicielom orzechów i czekolady bardzo, ale to bardzo polecam.


Babka z orzechami i nutellą
cytuję za blogiem Moje wypieki, prawie bez zmian


Składniki: 

120 g miękkiego masła
150 g nutelli 
5 jajek 
190 g drobnego cukru do wypieków (zredukowałam ilość cukru do 120 g)
3/4 szklanki mąki pszennej 
1 szklanka zmielonych orzechów laskowych 
1 łyżka kakao 
3 łyżeczki proszku do pieczenia, (dałam 2 łyżeczki)
4 łyżki mleka (60 ml)

Masło utrzeć na jasną i puszystą masę (mikserem lub ręcznie). Stopniowo wsypywać cukier, dalej ucierając. Stopniowo dodawać nutellę, dalej ucierając. Białka oddzielić od żółtek. Żółtka wbijać po kolei do masy i nadal ucierać. Dodać przesianą mąkę, kakao, zmielone orzechy, proszek do pieczenia, mleko. Zmiksować.
Białka ubić na sztywną pianę i delikatnie wmieszać do masy.
Masę przelać do natłuszczonej i wysypanej bułką tartą formy z kominkiem o średnicy 24 cm.
Piec w temperaturze 160ºC przez 20 minut, następnie temperaturę podwyższyć do 170ºC i piec kolejne 30 minut, lub dłużej, do tzw. suchego patyczka. Ostudzić, polać polewa czekoladową.

Polewa czekoladowa: 

100 g gorzkiej czekolady 
50 g masła

Czekoladę roztopić w kąpieli wodnej, dodać masło, wymieszać.


Babka jest przepyszna.
Niezwykle aromatyczna. Wąchałam ją wielokrotnie zanim ostygła i dała się polać polewą.
Smak nutelli i chrupkość orzechów są wyczuwalne świetnie i jednocześnie komponują się w idealną całość z wytrawna polewą z gorzkiej czekolady.
Smacznego :)

29 mar 2010

Kurczak pod kołderką :)

Poczułam się świątecznie.
Tak znienacka dość.
Zagłębiłam się w studiowanie receptur, próbowanie przepisów.
Cała kuchnia zaanektowana na przedświąteczne eksperymenty.
Baby, kajmak, orzechy, czekolada.
O efektach moich poczynań doniosę już niebawem, bez obaw ;)

Jednak niedziela to niedziela. Mam potrzebę zrobienia czegoś innego niż codziennie.
Proste i efektowne.
Niedzielny comfort food.
Najważniejsze, że szybkie. Idealne do wpasowania między rozpuszczaniem na parze czekolady, a kolejnym składaniem drożdżowego ciasta.
Pomysł zaczerpnięty z książki Nigelli Lawson "Nigella ekspresowo"
Z moimi zmianami bo jak zwykle nie mogłam się powstrzymać :)

Kurczak zapiekany pod czapeczką z ciasta francuskiego

500 - 600g mięsa z udek kurczaka
2 łyżki mąki
2 plastry wędzonego boczku (gr. ok 4 mm)
4 ząbki czosnku
8 -10 małych pieczarek
3 czubate łyżki mrożonego groszku
100 ml słodkiej śmietanki kremówki
łyżka oleju
pieprz
sól
mrożone ciasto francuskie

Na patelni rozgrzać olej. Dodać pokrojony w słupki boczek, podsmażyć na rumiano.
Dodać pokrojone w dużą kostkę, obtoczone w mące mięso. Smażyć dalej, mieszając, aż się zazłoci. Dodać posiekany czosnek. Wrzucić pokrojone w cząstki pieczarki, przysmażyć cały czas mieszając. Zalać całość wrzącą wodą (tak, aby się pokryły. Mieszając, doprowadzić do wrzenia. Wsypać mrożony groszek, dolać śmietankę, doprawić pieprzem i solą. Dusić jeszcze chwilę do połączenia smaków.
Sos się zagęści od mąki i śmietanki. Powinien mieć kremową konsystencję.

Przygotować 4 - 5 ramekinów o średnicy 10cm. Z mrożonego ciasta francuskiego wykroić paski o szerokości 1 cm i długości równej obwodowi miseczek. Okleić nimi dookoła brzegi miseczek, tworząc rant z ciasta. . Dodatkowo przygotować wieczka o średnicy o 1 cm większej od średnicy naczynek.
Remekiny napełnić gorącym nadzieniem, zakleić wieczkami z ciasta, mocno dociskając krawędzie krążków do rantów z ciasta..

Zapiekać w piekarniku nagrzanym do 220 st., aż do czasu wybrzuszenia się kopułek z ciasta i ich zrumienienia.

Smacznego.

25 mar 2010

Chleb z maślanką, melasą i carotino


Najbardziej lubię chleby o czystym smaku, w których nie ma nic poza mąką, wodą i solą. Żadnych fajerwerków i dodatkowych atrakcji.

Jednak czasami...

Czasami przeglądam blogi i znajdę coś, co powoduje natychmiastową chęć testowania.
Mimo, że jest nieco bardziej urozmaicone, jeśli chodzi o skład.
Tym bardziej, jeżeli wszystkie potrzebne składniki są akurat w lodówce, czy spiżarni i tylko czekają, aż po nie sięgnę.
Tak było z chlebem znalezionym w Leśnym Zakątku Dany.
Od razu coś między nami zaiskrzyło ;)

Odświeżyłam swój zakwas i zabrałam się dziarsko do pracy.
Zaczęłam po południu więc gorący chleb opuścił piekarnik nieco po północy.
Usypiałam otulona zapachem świeżego pieczywa.
Rano pognałam do pracy gdzie doścignięta zostałam przez telefon z domu.
Pełno było w nim zachwytów i, co najważniejsze, prośba o powtórkę :)


Chleb z maślanką, melasą i carotino
Przepis z blogu Leśny Zakątek

Zaczyn:

300g zakwasu z mąki żytniej razowej ( konsystencja bardzo gęstej śmietany ), (bardzo ważne jest aby zakwas był dopiero co odświeżony, miał lekko kwaskowy zapach, nie może być przekwaszony, bo używa go się tu dużo. Ja swój zakwas po wyjęciu z lodówki dokarmiłam trzykrotnie w odstępach 12 godzinnych i potem użyłam do zaczynu)
250g wody, 
240g mąki żytniej typ 720.


Składniki zaczynu mieszamy i pozostawiamy na 4 godziny. Ciasto wyrośnie i po 4 godzinach będzie lekko wklęsłe. (u mnie było wklęsłe już po 3 godzinach ale pozostawiłam je w spokoju przez przepisowe 4 )


Ciasto właściwe:

Cały zaczyn, 
430g mąki pszennej typ 650, 
160g maślanki, 
25g melasy płynnej, 
sól, (u mnie było to 3/4 łyżki - 12 g )
2-4 łyżki oliwy carotino (dałam 3 łyżki)


Składniki mieszamy łychą drewnianą, a potem wyrabiamy ciasto ręcznie, do chwili aż uzyskamy lśniące, gładkie ciasto.  Pozostawiamy na 30 minut, aby odpoczęło.

Smarujemy formę, (u mnie były to dwie małe keksówki), wysypujemy ziarnami lub grubą mąką, wykładamy ciasto.

Chleb powinien urosnąć w ciągu ok. 3 godzin. Pieczemy w nagrzanym piekarniku, w opadającej temperaturze, zaczynając od 210-220st. W sumie 45 -50 minut.

Zdjęcia robiłam po powrocie z pracy. Do tego czasu jeden z dwóch bochenków znikł w tajemniczych okolicznościach. Może miały z tym coś wspólnego owe entuzjastyczne telefony?

Spróbowałam i ja. Piekny kolor, pachnące wnętrze i rewelacyjny miąższ. W sam raz wilgotny, sprężysty, o równych dziurkach.

Polecam.

22 mar 2010

Puszka kajmaku i sernik. Najlepszy z najlepszych.


Ostatnio nie rozpieszczam bliskich nadmiarem słodkości.
Wiosenny "remont lodówki" spowodował rewolucję w mojej głowie. Przepisy i pomysły na wszelkie ciasta, ciasteczka upchnięte gdzieś głęboko w zakamarkach umysłu ledwie dyszą. Zastąpiły je wizje kolorowych kompozycji, takich jak sałatki, warzywne gulasze, pasty, twarożki.

Tak jest na ogół.
Od czego jednak blogi z ich sugestywnymi zdjęciami?
Niedawno, po przejrzeniu ulubionych stron, zaskoczyła mnie świadomość, że coraz bliżej Wielkanoc.
Pojawiły się już baby, mazurki.
Pewnie jednak nadal nie miałabym potrzeby, żeby rzucić się na piekarnik w niecnych celach, gdyby...
Gdyby nie Liska i jej sernik.
Jakoś od razu wiedziałam, wiedziałam, że muszę.
No i uległam. Nawet z okazji niedzieli skusiłam się na cały, niemały kawałek.

Jedyną zmianą z mojej strony było zastąpienie spodu z solonych orzeszków (nie lubię słonego smaku w ciastach), moim własnym, wymyślonym i bardzo smacznym spodem z migdałami.

Bardzo, ale to bardzo polecam.


Sernik kajmakowy
przepis z na masę pochodzi z blogu Whiteplate
spód wymyśliłam sama i jestem z niego bardzo zadowolona

Spód:

85 g mielonych migdałów
50 g cukru
45 g masła
50 g kleiku ryżowego dla niemowląt (można użyć mąki ryżowej, ja wolę kleik)

Masło posiekać, lub zetrzeć na tarce, wymieszać dokładnie w misce z sypkimi składnikami, powinna powstać kruszonka. Formę o średnicy 22-24 cm wyłożyć papierem, wysypać kruszonkę i ugnieść wypełniając dno i boki do wysokości ok 2 cm.
Wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 st C. Piec 12 minut.

Masa:

400 g masy kajmakowej/krówkowej (można kupić gotową - w sklepach znajdziemy ją najczęściej tam, gdzie mleko skondensowane i śmietany UHT) - dokładnie tam ją znalazłam
50 g masła
100 g cukru
cukier z prawdziwą wanilią (lub zwykły wanilinowy) - wliczyłam jego wagę do tych 100g
3 jajka
600 g sera trzykrotnie mielonego (polecam ser w wiaderku np. Piątnicy) - u mnie President
1 łyżka mąki pszennej

Masło utrzeć z cukrem i wanilią, dodać 230 g kajmaku (resztę wykorzystamy do polewy) i utrzeć na gładką masę, następnie dodawać jajka i po łyżce sera i mąkę. Dobrze zmiksować.

Masę przełożyć na podpieczony spód, wyrównać wierzch i wstawić do piekarnika, zmniejszając temperaturę do 180 st C. Piec 45-50 minut. Po 30 minutach należy sprawdzić stopień upieczenia - gdyby sernik za bardzo się rumienił, trzeba przykryć wierzch folią aluminiową.
Wyłączyć piekarnik i ostudzić sernik przy uchylonych drzwiczkach piekarnika.
Kiedy zupełnie ostygnie, wyjąć i przygotować polewę:

Polewa:

170 g masy kajmakowej włożyć do garnuszka, dodać 3 łyżki mleka i gotować na malutkim ogniu, aż masa stanie się bardziej płynna. Jeśli będzie miała grudki, należy ją zmiksować. Zdjąć z ognia, dodać 2 łyżeczki masła i dokładnie wymieszać.
Tak przygotowaną polewą polać wierzch całkowicie ostudzonego sernika.
Można posypać prażonymi płatkami migdałów (w temp. 190 st C prażymy je przez 10 minut).

Wstawić do lodówki na minimum godzinę.


17 mar 2010

Śniadanie z awokado.


Lubię poranki wolne od konieczności pędzenia do pracy.
Otulam się szlafrokiem, zakładam ciepłe skarpety.
Nie należę do tej części mieszkańców mojego domu, która zaraz po przebudzeniu pędzi do lodówki. Rozkręcam się powoli.
Mam czas na spokojną, poranną kawę.
Precyzuje mi się w głowie wizja śniadania.
Zaczynam wykładać na blat różne zieloności.
Rozpisuję dla nich role - bohaterowie pierwszego, drugiego planu, jeszcze inni tylko epizodycznie ale za to znacząco.
Z pozornie oderwanych elementów powstaje skończona, dopełniona całość. Chrupkość sałaty, soczystość papryki, lekkie pieczenie na języku - to kiełki, słoność sera i cudowna, kremowa konsystencja awokado. To ono jest tu najważniejszym elementem układanki. 

Sałatka z awokado

1 dojrzałe, miękkie awokado
mieszanka zielonych sałat: endywia, radicchio, rukola
1/2 strąka czerwonej papryki
2 łyżki pokruszonego sera z niebieską pleśnią
2 łyżki kiełków rzodkiewki
sok z cytryny
sól
pieprz
oliwa z oliwek

Na dwóch talerzach rozłożyć sałaty, posypać pokrojoną w paseczki papryką, pokruszonym serem. Awokado obrać i pokroić w cząstki. Ułożyć na talerzu i szybko skropić sokiem z cytryny, żeby nie zaczęło ciemnieć. Posolić, dodać pieprzu, skropić oliwą z oliwek - tu wszystkie ilości według indywidualnych upodobań. Posypać po wierzchu kiełkami rzodkiewki i ...
... zajadać powoli, rozkoszując się.
Naprawdę, tej sałatki nie da się pochłonąć szybko.

16 mar 2010

Komfort i pewność. Chleb pszenno - żytni Liski.


Tak się dość przyjaźnie, ale jednak ścigam z codziennością.
Czasem ja się wysunę na prowadzenie i uda mi się coś oprócz.
Jakiś taniec, basen, nawet małe zakupy.
Niespieszny spacer.
Spotkanie.
Wyjście do kina.
Film na kanapie.
Nie to żeby wszystko na raz, o nie.
Nawet jedna z tych atrakcji to już  małe święto.

Czasami za to codzienność mnie dogania, opanowuje i pochłania bez reszty.
Dzień wypełniony po brzegi tym, co konieczne.
Nic poza schematem.
Praca - dom - obiad - maluj mama -  czytaj mama -  to zjem - tego nie - mamo, a ona mi zabiera - mamo, a ona mi psuje, mamo nie będę się kąpać, nieeee, jeszcze nieeee...
Uff.

Nie zawsze jest czas i ochota na eksperymenty.
Czasem trzeba sięgnąć po coś sprawdzonego, co zawsze się udaje.
Nie wymaga uwagi i skupienia, po cichu, w kąciku, po prostu robi swoje.
Jeśli jeszcze dodatkowo jest pyszne to czego chcieć więcej?




Chleb pszenno - żytni Liski.
z jej Pracowni Wypieków

Zaczyn:

360 g mąki żytniej chlebowej (typ 720)
300 g wody
20 g zakwasu żytniego razowego

Ciasto właściwe:

230 g mąki żytniej
300 g mąki pszennej
400 g wody
1 płaska łyżka soli morskiej (jeśli używamy soli zwykłej, należy dać jej mniej)
3 g drożdży suszonych instant (=1 łyżeczka), używam drożdży dr Oetkera lub drożdży Lesafre
(ja drożdży nie dodaję w ogóle)

Zaczyn

Wieczorem, przed pójściem spać:

Składniki zaczynu mieszamy w misce. Nie miksujemy, chodzi tylko o to, żeby wszystko się połączyło.
Miskę przykrywamy ściereczką i zostawiamy na 12-16 godzin.

Następnie:

dodajemy do zaczynu wszystkie pozostałe składniki. Mieszamy dokładnie - może być mikserem, ale nie za długo, tak ok. 5 minut - by składniki się połączyły.





Zostawiamy pod przykryciem na ok. 30-60 minut
Ciasto przekładamy do formy wysmarowanej olejem słonecznikowym i otrębami żytnimi (dzięki temu moje chleby nigdy nie przywierają. Nie smaruję ani masłem, ani oliwą.) (posmarowałam masłem i posypałam semoliną)
Zostawiamy do wyrośniecia na 50-60 minut. Ja spryskuję wierzch olejem. (posmarowałam olejem bo nie mam rozpylacza)
Jeśli jest ciepło, zdarza się, że już po 30 minutach ciasto jest wyrośnięte.
Piekarnik nagrzewamy do 230 st C.

Wyrośnięte ciasto posypujemy, czym kto lubi. Ja posypuję mąką. (nie posypywałam niczym)
Wstawiamy do piekarnika.
Po 15 minutach zmniejszamy temperaturę do 220 st C. Jesli chleb zbyt szybko się rumieni, przykrwamy go folią aluminiową. Dopiekamy 30-40 minut.
Po upieczeniu wyjmujemy koniecznie z blaszki i dokładnie studzimy. Nie kroimy gorącego chleba (potem jest lepszy, naprawdę :-)



Chleb ma bardzo wilgotny miąższ, błyszczące dziurki.
Na drugi dzień obce jest mu pojęcie starzenia. On dopiero wtedy dojrzewa i robi się jeszcze smaczniejszy.
Dlatego naprawdę należy dać mu czas na powolne ostygnięcie. Krojony  zbyt szybko oblepia nóż i wałeczkuje się nieładnie.
Zgadnijcie skąd wiem? :)))

14 mar 2010

Ochota na szpinak i co z tego wynikło.


Za oknem ktoś rozpruł puchową poduszkę. Gałęzie drzew zmieniły się w białą, delikatną koronkę.
Zima nie odpuszcza.
Mocuje się ze słońcem, coraz silniej grzejącym w policzki, jeśli oczywiście chmury się zagapią i mu na to pozwolą.

Mnie za to coraz bardziej zielono.
Lodówkę wypełniają  przeróżne listki, mniej lub bardziej zielone. Piętrzą się w ilościach zbyt dużych jak na wszelkie sałatkowe okazje.
Kiedy wkładałam do koszyka młody szpinak, po prostu nie mogłam się oprzeć jego zieloności.
W domu napatrzyłam się, dodałam garść listków do porannej sałaty.
Resztę wykorzystałam zupełnie odmiennie. W potrawie, która odpowiada marcowym kaprysom pogody, można się pogrzać w przytulnym cieple piekarnika. No i ten zapach kruchego, maślanego ciasta.

Tarta  na kruchym cieście, ze szpinakiem.

Ciasto:
250 g mąki pszennej
100 g zimnego masła
1 żółtko
2 łyżki śmietany 22%
sól (dwie szczypty)
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia

Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i solą. Zimne masło zetrzeć na tarce o grubych oczkach, przesypując mąką, żeby się nie skleiło. Przemieszać wszystko aby uzyskać strukturę grudkowatą. Wbić żółtko, dodać śmietanę. Zagnieść jak najszybciej zwarte ciasto.
Rozwałkować cienko i wyłożyć na posmarowaną masłem formę do tarty o średnicy 30 cm. Dokładnie wylepić brzegi, obcinając nadmiar ciasta. Nakłuć widelcem i wstawić do lodówki.


Farsz:
100-150 g świeżego szpinaku
2 ząbki czosnku
5 pieczarek
1 duży por
2 ugotowane pałeczki z kurczaka
3 łyżki oleju
3 jajka
200 g śmietany 22%
300 g łagodnego żółtego sera
pieprz i sól

Na łyżce oleju usmażyć na rumiano pokrojone w plasterki pieczarki. Przełożyć do miski. Na kolejnej łyżce oleju zeszklić posiekany czosnek, dodać szpinak i mieszając poczekać aż zwiędnie. Dołożyć do pieczarek. Na ostatniej łyżce oleju poddusić pokrojonego w plasterki pora. Dołożyć do pieczarek i szpinaku.
Połączyć z mięsem z kurczaka pokrojonym w kostkę. Dołożyć jajka, śmietanę i 2/3 startego na tarce sera. Doprawić solą i pieprzem. Dokładnie wymieszać.


W tym czasie piekarnik rozgrzać do 210 stopni. Spód do tarty podpiec przez 10 minut. Ma się nie zrumienić tylko zmatowieć.
Na spód wyłożyć nadzienie, temperaturę piekarnika obniżyć do 190 stopni. Piec ok 25 min. Po tym czasie posypać pozostałym serem i dopiekać jeszcze 5 - 10 min.



Nie miałam okazji spróbować jak smakuje ciepła.
Jadłam następnego dnia, na zimno, został dla mnie mały kawałek.
Cóż ... była świetna.

13 mar 2010

Soba, dynia i szybki obiad.


Co zrobić kiedy wracam do domu głodna jak wilk?

Po prostu makaron. Wdzięczny w obróbce i otwarty na wszelkie dodatki.
Ostatnio na wielu blogach trafiam na makaron o obco brzmiącej nazwie - soba. .
Najpierw u Liski, potem u Małgosi. Zachęcona pięknymi zdjęciami i sugestywnym opisem pognałam do japońskiego działu w supermarkecie.
No i mam. Przewiązane wstążeczką brązowe snopki.
Po ugotowaniu sprężyste, łagodnie orzechowe w smaku nitki.
Bardzo ciekawie wyglądające na talerzu.

Wymyśliłam dla nich bardzo proste, ciekawe smakowo połączenie ze słodkawą dynią. Razem z chrupiącymi pieczarkami i pak choy, skropione sosem sojowym smakowały wyśmienicie.
No i olej sezamowy. Taka kropka nad i.

Dla mnie to prawdziwy comfort food.



Makaron soba z dynią

1 wiązka makaronu soba
1 łyżka oleju
kawałek dyni ok 200g
1 mała kapusta Pak choy
5 malutkich pieczarek
sos sojowy
pieprz
1 łyżeczka oleju sezamowego

Makaron ugotować (5 minut), odcedzić, przelać zimną wodą i osuszyć.
Na patelni rozgrzać łyżkę oleju, wrzucić pokrojoną w kostkę dynię, smażyć ok 3 min. Dodać pieczarki pokrojone w cząstki. , smażyć kolejne 2 min. Na koniec dodać Pak choy pokrojoną w szerokie paski.
Smażyć tylko do momentu, aż zmięknie.
Do warzyw dodać makaron, doprawić sosem sojowym i pieprzem, dokładnie wymieszać i smażyć jeszcze chwilę. Na końcu doprawić łyżeczką oleju sezamowego. Przygotowana porcja wystarcza na dwie osoby.

12 mar 2010

Tajsko. Po raz pierwszy.


Szperając w sieci natrafiam na zupełnie nowe zjawiska i ciągle się czegoś uczę. Ot choćby dziś wpis Bei uświadomił mi, jak mało wiem o świecie aromatycznych słoiczków.
Im głębiej sięgam, tym więcej przede mną do odkrycia.
Oswoiłam się już na dobre w kuchnią europejską w najróżniejszych odsłonach. Próbowałam wielu rzeczy z kuchni chińskiej.
Dzisiaj kolejny nowy rozdział w mojej podróży przez świat smaków.
Kuchnia tajska.
Zabierałam się od dawna do ugotowania czegoś, ale przerażały mnie trochę długie listy składników.
Wreszcie w tym tygodniu trafiłam do sklepu, gdzie było wszystko co chciałam, w jednym miejscu. Nie było juz odwrotu.
Zrobiłam zakupy i zaraz po powrocie do domu zaczęłam eksperyment.
Wszystko było ciekawe, wszystko wąchałam, dotykałam, smakować się nie odważyłam. Uznałam, że dopiero połączenie tego wszystkiego w (miałam nadzieję) harmonijną całość pozwoli docenić wypadkową smaku.
W garnku bulgotało.
Dom wypełniły intensywne, przenikające się wonie.
Galangal, kafir, mleko kokosowe. Brzmi tajemniczo?
Dla mnie już trochę mniej.
Zaczęłam oswajać smaki z zupełnie innej części świata. Czuję, że na jednym razie się nie skończy.
Smakowało inaczej, zupełnie nieznajomo. Potem się wczułam, rozsmakowałam i mogłabym tak jeść i jeść ;)
Co następne? Może jakieś curry?


Zupa tajska z krewetkami
przepis własny inspirowany wieloma znalezionymi w sieci


1 łyżeczka czerwonej pasty curry
2 szklanki wrzącej wody
kawałek galangalu
3-4 listki kafiru
łodyga trawy cytrynowej
papryczka ostra (ilość wg smaku)
2 - 3 łyżki sosu rybnego
8 malutkich pieczarek
ok. 75 g makaronu ryżowego
ok. 15 sztuk krewetek tygrysich1 mała Pak choy
2 garście groszku cukrowego
2 łyżeczki brązowego cukru trzcinowego
1/2 puszki mleka kokosowego
sok z 1 limonki
sól


Przygotować krewetki. Jeżeli są mrożone i już ugotowane tylko przelać wrzątkiem dla szybszego rozmrożenia. Surowe, świeże tylko obrać zostawiając sam ogonek.

W garnku umieścić łyżeczkę pasty curry, zalać wrzątkiem. Do gotującej wody wrzucić kilka plasterków galangalu, przekrojoną na trzy części i lekko zgniecioną nożem łodygę trawy cytrynowej. Dodać pokrojoną w drobne kawałeczki papryczkę, liście limonki, wlać trzy łyżki sosu rybnego. Dodać pieczarki pokrojone w ćwiartki. Chwile pogotować. Wrzucić krewetki i makaron ryżowy. Gotować kilka minut, gdy makaron będzie prawie miękki dodać pokrojoną w grube paski pak choy i groszek cukrowy. Wlać do zupy mleko kokosowe, wsypać cukier, sól. Na samym końcu wcisnąć sok z limonki i ...

rozkoszować się smakiem :)

9 mar 2010

Mąka, woda i sól. Pain de Campagne.


Zachwyca mnie ten fenomen.

Nie ma chyba drugiej takiej potrawy.

Prostota.
Absolutne minimum składników.
Trochę magii po drodze
i...
zachwycający efekt końcowy.
Zależny od cierpliwości, poświęconej uwagi, właściwej kolejności.

Po raz kolejny i na pewno nie ostatni na tym blogu - chleb.
Dziś przepis, z którym zmierzyłam się już po raz drugi.
Za pierwszym razem chleb nie wyszedł taki jak chciałam. Był ciężki, niby trochę wyrośnięty ale jakiś taki gliniasty.
Nie wiedziałam dlaczego.
Dzisiejszą próbę od tamtej dzieli prawie rok. Rok prób i intensywnej nauki. Najskuteczniejszej, bo własnych błędach. Jeszcze ogrom wiedzy przede mną, jeszcze nadal czuję się chlebowym przedszkolakiem.

Wiem już jednak, że dobry chleb na samym zakwasie powstanie dopiero, gdy zakwas jest dojrzały, stabilny.
Nie tak jak wtedy, kiedy z zaledwie tygodniowym młodzikiem porwałam się na Pain de Campagne.



Pain de Campagne
przepis wyszperany w nieocenionej Piekarni Tatter 
Cytuję dokładnie bo trzymałam się bardzo przepisu, był weekend, miałam szansę przypilnować kolejnych faz fermentacji.
moje drobne zmiany kursywą


Zaczyn zakwasowy:

(1 dzień - godz. 10.oo):
1 łyżka zakwasu
30g zimnej wody
60g białej pszennej maki chlebowej (dałam mąkę 650)

Zakwas wymieszałam z woda, dodałam mąkę i zagniotłam ścisłe ciasto. Przykryłam szczelnie folią i odstawiłam do przefermentowania na 7 godzin w temperaturze pokojowej (powinno podwoić objętość).

(godz. 17.oo):
zaczyn z godz. 10.00
100g wody temp. 24C
200g białej pszennej maki chlebowej (dałam mąkę 650)

Zaczyn rozmieszałam z wodą, dodałam mąkę i zagniotłam. Odstawiłam do wyrośnięcia w w temp. 24st C. (powinno podwoić objętość i pachnieć delikatnie)

(godz. 23.oo):
cały zaczyn z godz.17.00
180g zimnej wody
350g maki (u mnie tu też mąka 650)

Do zaczynu wlałam wodę i zagniatałam, stopniowo dodając mąkę. Wyłożyłam na stół i wyrabiałam jeszcze 10 minut. Włożyłam do miski i szczelnie przykryte wyniosłam do ogrodu na na noc (temp.10C).

Ciasto właściwe

(2 dzień - godz. 8.oo):
zaczyn z poprzedniego dnia
500g wody o temp. ok. 40 st C.
800g maki
30g soli

Ciasto z dnia poprzedniego rozmieszałam z woda.
Dosypywałam stopniowo mąkę ciągle wyrabiając ciasto w misce. Po 5 minutach dodałam sól i znów zagniatałam ok 8 minut. (Tutaj muszę wspomnieć, że dodałam nieco więcej wody, moja mąka jest chyba bardzo wysuszona.) Gdy ciasto zrobiło się gładkie i gluten był już zdecydowanie wyczuwalny, zawinęłam ciasto w kule i włożyłam je no naoliwionej miski. Zakryłam szczelnie folia i zostawiłam do wyrośnięcia na 3 godziny. Złożyłam je w tym czasie dwukrotnie (przyznam, że zapomniałam)
Wyrośnięte ciasto podzieliłam na dwie części i zostawiłam na 15 minut. Następnie uformowałam dwa okrągłe bochenki. Włożyłam je złączeniem w gore do omączonych koszy i w plastikowych workach zostawiłam do wyrośnięcia. W temperaturze 25C chleby rosły nieco ponad godzinę (u mnie trochę dłużej)

W tym czasie rozgrzałam piec i kamień (u mnie była to blacha) do 250C. Nacięte chleby wsunęłam do pieca i obniżyłam temperaturę do 230C. Piekłam z para (w pierwszych 10 minutach) przez 35minut.

Przepis autorstwa Toma Jaina, z modyfikacjami Petry Holzapfel i moimi również.


Drugie podejście do tego chleba było zdecydowanie bardziej udane, i zaczyn i ciasto pięknie rosło, aż miło było popatrzeć. Zastrzeżenia miałem jedynie do gęstości ciasta na ostatnim etapie. Następnym razem, bo będzie taki z pewnością dodam jeszcze więcej wody. Chyba, że trafi mi się tym razem wilgotniejsza mąka.
Chleb jest doskonały. Lekko kwaskowy, mimo, że pszenny. Dzięki długiej i wieloetapowej fermentacji świetnie zachowuje świeżość.

Jak zwykle najbardziej podobał mi się moment w którym chleby zaczęły w piekarniku swój taniec. Nacięcia pięknie się pootwierały, bochenki napuszyły się.

I znów tak pięknie pachniało.

4 mar 2010

Opowieść o ziarenkach



Czasem tak bywa.
Jest impuls, działanie, a potem dopiero refleksja.

Tak było i tym razem. Kupiłam ziarno pszenicy. Całe. Na chleb.

Nie, nie mam młynka.

Zaczęłam się zastanawiać jakby tu wykorzystać ziarno w takiej formie.

Poszperałam, poniuchałam w sieci ale niestety, nic nie udało mi się znaleźć.

Jestem już umówiona z Tatter, że odkurzy dla mnie jakiś wypróbowany przez siebie przepis.

A tymczasem...

Jako, że jestem w gorącej wodzie kąpana ;)

Eksperyment.

Rola tytułowa, sami wiecie kto.
Pozostali aktorzy to razowa żytnia, orkiszowa, trochę pszennej pełnoziarnistej.
Rolę epizodyczną acz znaczącą powierzyłam melasie.

Bez przepisu, bo to jeszcze nie jest skończone dzieło.

Chleb ma jednak wielki potencjał i dlatego pozwalam sobie go utrwalić.

 

A na koniec, bo przecież nie zapominajmy, że ja nadal na tej, no jak jej tam ...diecie
idealne połączenie dla takiego chleba, czyli:

Twarożek
ser biały w kostce (chudy)
odrobina maślanki
ogórek zielony starty na tarce
natka pietruszki drobno posiekana
sól
pieprz

3 mar 2010

Koszulka dla jajka :)


W powietrzu wiszą zmiany.
Choćby nie wiem jak zima chciała dać do zrozumienia, że świetnie się trzyma
(wiem co mówię, za oknem właśnie sypie gęsty, mokry śnieg).
Mój organizm też sam domaga się zmian.

Dieta -  brzmi strasznie.
Powiedzmy więc że jest to program przedwiosennego "wietrzenia magazynu" ;)

Szukam dobrych stron odchudzania.
Poza oczywistymi - zdrowie i wygląd.
Lepsze samopoczucie? Też, oczywiście, że też.

To są jednak korzyści oczekiwane, majaczą gdzieś tam na końcu ścieżki.
Ścieżki wyboistej i najeżonej pokusami. I wcale nie chodzi mi o ciasta, ani inne słodkości.
Weźmy np pomidorówkę mojej mamy. Ciężko się oprzeć, zapewniam Was :)

Postanowiłam więc urozmaicać sobie jak tylko mogę to co jem. Jeżeli ograniczyłam ilość niech zatem odbije się to na jakości.
Dłużej przygotowuję posiłki. Zawierają więcej przypraw, więcej warzyw wymagających siekania, szatkowania, lub innej obróbki. Cieszę się tym wszystkim bardzo. Układam na talerzu kompozycje miłe dla oka.
Zauważyłam, że bardziej świadomie jem (a bardziej brutalnie - nie pochłaniam w biegu).
W myśl zasady, że skoro mało, to chociaż celebrując ;)

Bohaterem dzisiejszego śniadania było jajko. Odchudzone, bo w samej koszulce ;)))

Do tej pory wydawało mi się takie jakieś nie do zrobienia. Dodatkowo ktoś mnie kiedyś uraczył jajkami, przygotowanymi w zbyt kwaśnej wodzie. Całe białko przesiąknięte było octem, brrr... do tej pory pamiętam ten smak.

Moje dzisiejsze jajko było w sam raz, wcale ale to wcale nie kwaśne, no chyba, że od tych kilku kropel  cytryny, którymi potraktowałam roszponkę.


Jajko w koszulce 
na roszponce z serem i suszonymi pomidorami

1 jajko stuprocentowo wiejskie, nie żadne tam stemplowane

ser Le Brin - tylko kawałeczek
2 suszone pomidory z oliwy
roszponka
kilka listków bazylii
pieprz
sól
kilka kropli soku z cytryny

W małym garnku zagotować wodę z dodatkiem octu winnego. Ilość należy dobrać na oko. Ja byłam z początku zbyt ostrożna, dałam za mało i pierwsze jajko nie do końca mi się udało.
Jajko wybić na spodeczek i z niego zsunąć powoli do lekko tylko bąbelkującej wody.
Gotować, aż białko się zetnie.
W tym czasie na talerzu zaaranżować pozostałe składniki z wyjątkiem przypraw, skropić roszponkę sokiem z cytryny.
Łyżką cedzakową przełożyć jajko na sałatkę.
Posypać pieprzem i solą, można polać odrobiną oliwy z suszonych pomidorów.

Smacznego :)