25 lut 2010

Rozgrzej się. Zupa rybna z pomidorami.

Odwilż. Kilka pięknych dni.W krótkich chwilach, kiedy słońce poliże śpiącą ziemię, czuć w powietrzu nadchodzącą wiosnę. Ożywienie w gałęziach drzew, jakieś dawno nie słyszane trele.
Przymykam oczy, wystawiam twarz.
"Mamo, mamo mam ciepłe ręce, o patrz i policzki".
Odżywa pragnienie, żeby już coś się zmieniło. Skończyło. Zaczęło.


A jednak...

Kiedy słońce za chmurami robi się zimno, choć to już nie -20. Spod topniejącego śniegu zaczyna wyłaniać się burość. Przemoczone buty. Kapiące dachy. Nadal szybko zapadający zmrok.
Z ulgą witam ciepły, przyjazny dom i parującą, rozgrzewającą zupę.

 
Zupa rybna z pomidorami

duży filet z pstrąga bez skóry (1 płat)
1 duża marchewka
2 łodygi selera naciowego
1 duża cebula
2 ząbki czosnku (tylko nie chińskiego)
200 ml przecieru pomidorowego (domowej roboty)
1 łyżka oliwy z oliwek
1 łyżeczka słodkiej papryki
papryka ostra (do smaku)
pieprz, sól
natka do posypania (dla mnie konieczna)

Cebulę pokroić w półplasterki, czosnek drobno posiekać. Marchew zetrzeć na tarce o grubych oczkach, selera pokroić w plasterki. W garnku z grubym dnem rozgrzać oliwę, wrzucić cebulę, podsmażyć, dołożyć czosnek chwilę smażyć. Wsypać pokrojonego selera i startą marchew. Pomieszać i chwilę jeszcze smażyć na sucho. Dolać wrzącej wody. Ilość można regulować wg potrzeb. Ja nalewam tyle wody, żeby uzyskać coś w rodzaju gulaszu. Pogotować 5 minut. Doprawić solą, pieprzem, papryką słodką i ostrą. Wlać przecier pomidorowy i pogotować jeszcze 5 minut.
Pstrąga pokroić na kawałki (dość duże ok. 3x3cm). Wyregulować palnik, żeby zupa tylko lekko pyrkała. Włożyć kawałki ryby. Gotować jeszcze 10 min (tak naprawdę to trzymać prawie temp wrzenia, zupa nie powinna bulgotać).
Podawać w miseczkach, obficie posypaną zieloną pietruszką.


Zdjęcia fatalne, ale apetyt na tę zupę odebrał mi chyba resztki cierpliwości.

21 lut 2010

Flamiche - druga część WP #63

WeekendowaPiekarnia


Od początku po prostu wiedziałam, że muszę zrobić tę białą pizzę, jaką zaproponowała w ostatnim wydaniu Weekendowej Piekarni Gospodarna Narzeczona, bo znajdzie w moim domu licznych amatorów.

Zrobiłam ponownie Pate fermentee. Nie zmniejszałam ilości składników, tylko zrobiłam z całej porcji wieeelki, placek na całą blachę. Wyszło dość puszyste ciasto, wcale nie dla ośmiu osób, albo po prostu z nas takie łakomczuchy :)

 
Flamiche
R. Bertinet

Pate fermentee

Przepis na około 900g

-10g świeżych drożdży
-500g mąki
-10g soli zwykłej
-350g wody

W misce mieszamy mąkę i drożdże, dodajemy sól i wodę. Wyrabiamy ciasto metodą Bertineta. Wyrobione ciasto wkładamy do miski, przykrywamy wilgotną ściereczką i odstawiamy do wyrastania w temperaturze pokojowej na 6 godzin lub w lodówce na noc (maksymalnie na 48 godzin). Ciasto powinno podwoić swoją objętość. Jeśli ciasto dojrzewało w lodówce należy je wyjąć na godzinę przed dalszą obróbką.



Nadzienie:
-1 łyżka oliwy
-100g boczku lub pancetty w plasterkach
-2 średnie pory
-2 jajka
-200g gęstej śmietany
-sol, pieprz, gałka muszkatołowa
- ewentualnie starty gruyere na wierzch


Pory kroimy na cienkie plasterki, boczek na paseczki. W rondlu rozgrzewamy oliwę i na gorącą wrzucamy boczek. Kiedy się przyrumieni, wykładamy go na talerz, a do rondla wrzucamy pory, kiedy nabiorą koloru i zmiękną, zdejmujemy z ognia. W misce roztrzepujemy jajka ze śmietaną, dodajemy przestudzony boczek i pory. Doprawiamy solą, pieprzem i gałką. Dużą formę do pizzy lub formę do tarty (minimum 35 cm średnicy) smarujemy oliwą. Ciasto spłaszczamy i wykładamy nim formę . Na wierzch wykładamy przygotowane nadzienie, zostawiając wolne brzegi. Pieczemy w temperaturze 230 st.C przez 15-20 minut. Można w trakcie obrócić formę o 18o stopni. Ciepły wykładamy na kratkę, chwile studzimy. Kroimy i jemy.


Przepyszne. Na pewno do przepisu wrócę, bo to było minimum wysiłku i maximum efektu. Kolejny dowód, że niewiele, za to dobrze skomponowanych składników jest często kluczem do sukcesu.

19 lut 2010

Chleb z mąką gryczaną czyli WP #63

WeekendowaPiekarnia


Jestem w ciągu ;)
Nie umiem przestać piec.
Przestać piec chleb.
Wyprawa do sklepu. Jedna. Druga ...
Jest. Jest mąka gryczana. ... Ufffff.
Można przyłączyć się do kolejnego wydania Weekendowej Piekarni (Gospodarna Narzeczono - dziękuję za doskonały przepis).

A potem ten dreszczyk.
Jak będzie tym razem?
Czy wyrośnie szybko?
Czy się malowniczo rozjedzie na blasze?
Czy popęka w najmniej spodziewanym miejscu?

I znów ta wewnętrzna radość.
Już bardziej wprawne  ruchy, coraz większe wyczucie.
Ciasto najpierw niemożliwie lepkie i przywiązane do moich dłoni ;) by potem w magiczny sposób zebrać się w sobie ;)
Podglądanie jak się puszy i puszy coraz dumniej i dumniej.
Szybkie ciach, ciach.
Zapach w całym domu (i nawet za drzwiami, wiem bo musiałam wyjść i zapach prowadził mnie z powrotem).

Nacięcia zaczęły wreszcie się rozchodzić. Hurrra...

Puk puk, dla sprawdzenia.
I to niemiłosiernie długie czekanie aż ostygnie. Choćby tylko trochę.


Pain Breton
R. Bertinet
cytuję za Gospodarną Narzeczoną, z maleńkimi zmianami

Proporcje na dwa duże bochenki. Proponuje upiec z połowy porcji. Upiekłam z całej wieeelkiej porcji.

Pate fermentee

Przepis na około 900g, czyli dużo więcej niż potrzebujemy. Cierpliwości, nic się nie zmarnuje*.

-10g świeżych drożdży
-500g mąki
-10g soli zwykłej
-350g wody

W misce mieszamy mąkę i drożdże, dodajemy sól i wodę. Wyrabiamy ciasto metodą Bertineta. Wyrobione ciasto wkładamy do miski, przykrywamy wilgotną ściereczką i odstawiamy do wyrastania w temperaturze pokojowej na 6 godzin lub w lodówce na noc (maksymalnie na 48 godzin). Ciasto powinno podwoić swoją objętość. Jeśli ciasto dojrzewało w lodówce należy je wyjąć na godzinę przed wyrabianiem chleba.

Ciasto na chleb


-15g szarej soli, dałam 11g
-700g wody
-750g mąki pszennej chlebowej
-200g mąki gryczanej (do kupienia w sklepach eko, można tez zmielić kaszę krakowską lub inna niepaloną gryczaną)
-50g mąki żytniej razowej
-300g pate fermentee
-10g świeżych drożdży
-semolina do wysypania łopaty i biała mąka do podsypywania

Ha! Na wstępie Bertinet radzi, by zacząć nagrzewać piekarnik, z włożonymi do środka dwoma kamieniami: na górę i na dół. Kogo stać na taką rozrzutność?

Grubą sól rozpuszczamy w odrobinie wody (z tej uprzednio odmierzonej). Gdy sól się rozpuści, w dużej misce mieszamy wszystkie składniki. Kiedy ciasto będzie jednolite, wykładamy je na suchy blat i wyrabiamy metodą Bertineta (można też wyrabiać po swojemu). Spróbowałam, potwierdzam, że działa. Gdy ciasto będzie wyrobione (gładkie, elastyczne, z dobrze rozwiniętym glutenem) wykładamy je na oprószony mąka blat i formujemy kulę. Ponownie wkładamy do miski i przykrywamy wilgotną ściereczką, odstawiamy na 45 minut. Ponownie wykładamy ciasto na oprószony mąka blat, odgazowujemy i ponownie formujemy kulę. Odstawiamy i tym razem na 45 minut.
Po tym czasie, jeśli robiliśmy z całej porcji, dzielimy ciasto na pół. Formujemy okrągłe bochenki. Nie podzieliłam i zrobiłam ogromny bochen, który wypełnił mi piekarnik. I wkładamy, złączeniami do góry, do omączonych koszyków. Zostawiamy do wyrastania na 90 minut. Chleb powinien podwoić objętość. Mój urósł w niespełna 60 minut.
W tym czasie, praktycznie, rozgrzewamy piekarnik do 250 st. C.
Łopatę obsypujemy semoliną. Wykładamy wyrośnięty chleb, nacinamy w kratkę. Wlewamy wrzątek na naczynia wstawione na sam dół piekarnika (u nas jest tam blacha z żeliwną fajerką, która ładnie wytwarza parę, aż bucha). Wkładamy chleb. Po pięciu minutach obniżamy temperaturę do 210 st. C i pieczemy kolejne 15-20 minut.
Początkowo miałam zastrzeżenia do krótkiego czasu pieczenia, ale spróbowałam. Chleb wyszedł co prawda z dość miękka skorka, ale upieczony. Hamelman chleby o tej wadze piecze około 35-40 minut.
Ja piekłam po prostu w naparowanym piekarniku, kilka razy uzupełniając parę. Piekłam ok 40 min, bo taaaki bochen ma swoje prawa.
Studzimy na kratce.


* Flamiche na razie nie ma, bo pate fermentee zostało zużyte na bagietki, przypadek nagły, niesfotografowany z przyczyn obiektywnych. Za to bardzo ale to bardzo smaczny, najlepsze moje bagietki, jak do tej pory.

18 lut 2010

Czekoladowiec ze śliwkami, aksamitny i wilgotny.

Niepowtarzalny, już od samego początku wiedziałam, że będzie doskonały.
No bo cóż innego mogłoby się wydarzyć po spotkaniu ciemnej, gorzkiej czekolady z suszonymi śliwkami. Przecież to połączenie z gatunku idealnych.
Przepis znalazłam dawno temu na blogu Kwestia Smaku, za to przypomniałam sobie o nim dopiero teraz, kiedy czytałam sobie piękny i świetlisty blog Na Grabinie. Po rekomendacji Moniki, potrzeba zrobienia tego ciasta wróciła i to bardzo intensywnie wróciła :).
Dodatkowo pomyślałam sobie o Bei i jej Czekoladowym tygodniu i już wiedziałam jakie ciasto zagości w moim domu już zaraz, natychmiast :)

Czekoladowiec z suszonymi śliwkami
cytuję za Kwestią Smaku (z moimi zmianami)


Składniki:
250 g suszonych śliwek, pokrojonych na mniejsze kawałki
1 łyżeczka sody oczyszczonej (dałam 1/2 łyżeczki)
125 g niesolonego masła w temperaturze pokojowej
145 g drobnego cukru do wypieków
2 duże jaja, roztrzepane
185 g mąki + 3/4 łyżeczki sody (u mnie 1/2) + 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
150 g ciemnej czekolady, roztopionej i ostudzonej

Wykonanie:
Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Głęboką formę o wymiarach 23 x 26 cm (u mnie to była tortownica) wysmarować masłem i wyłożyć papierem do pieczenia.
Do rondelka włożyć śliwki, wlać 250 ml wody, doprowadzić do wrzenia, a następnie gotować na małym ogniu przez 3 minuty. Dodać sodę, odstawić z ognia do ostudzenia.
Mikserem utrzeć masło z cukrem na puszysty krem. Stopniowo dodawać jajka, cały czas ubijając.
Szpatułką wymieszać najpierw z przesianą mąką, sodą i proszkiem do pieczenia, następnie z przestudzonymi śliwkami wraz z zalewą. Na koniec dodać roztopioną i ostudzoną czekoladę i również dobrze wymieszać.
Ciasto wlać do przygotowanej formy. Piec przez 40 - 45 minut, do czasu aż ciasto nie będzie przylegać już do boków formy.

Przepyszne ciasto, mokre od śliwek, które doskonale wtapiają się w ciasto, aromatyczne od czekolady.
Takie ciasto którego nie da się zjeść po prostu jednego kawałka. No po prostu się nie da, już lepiej nie zaczynać wcale, ale na to z kolei nie pozwala piękny, czekoladowy zapach którym spowity jest cały dom.
Polecam, ja na pewno będę do tego ciasta wracać jeszcze nie raz.


15 lut 2010

Weekendowa piekarnia #62 - odsłony drugiej ... brak :)

WeekendowaPiekarnia


Chleb z ricottą upiekłam już w piątek. Nie wyszedł do końca taki jak miał wyjść. Nie pasował do niego przydomek aksamitny;). Polska ricotta to jednak nie to samo co włoska, owszem też nie była kwaśna, ale to koniec podobieństw. Struktura wcale nie kremowa tylko zbita i grudkowata.
Moje wspomnienia o tym chlebie w jego właściwej postaci odżyły jak obejrzałam zdjęcia u Margot. Jak ktoś chce obejrzeć ideał, to zapraszam właśnie tam :).
W smaku był jednak niczego sobie. Ja za to wyjechałam na weekend. I zostawiłam chleb na pastwę. W sumie mogłam przypuszczać, że prośba "Mamusiu pycha, upiecz go jeszcze raz" oznacza docelowo brak obiektu do sfotografowania. Tak też było. Przywitały mnie okruszki, zamiast chleba.
Był jednak tak dobry, że na pewno do niego wrócę, a i zdjęcia wstawię, może ...;)

11 lut 2010

WP #62 - odsłona pierwsza - chleb codzienny

WeekendowaPiekarnia


Zrobiłam.
Nieco inaczej niż zwykle.
Na skutek drobnego niedopatrzenia.
Drobnego jak dorodny orzech laskowy ;).
Zaczyn był gotowy, woda wlana do miski, kiedy okazało się że nie mam już drożdży, tego małego dodatku, który czyni chleb mało absorbującym czasowo :)
No i wyszło na to, że na samym zakwasie też można, tylko trochę dłużej. Poczekałam i mam. W porównaniu do wersji drożdżowej trochę inny, bardziej wilgotny miąższ, trochę większe dziurki, nieco mniej puchaty, choć rewelacyjnie wyrośnięty i sprężysty.
Przede wszystkim jednak jest pyszny, jak zawsze.

9 lut 2010

Weekendowa Piekarnia #62 - zaproszenie

WeekendowaPiekarnia


Z wielką przyjemnością zapraszam Was do kolejnego wydania Weekendowej Piekarni. Już na początku bardzo dziękuję Margot, która zgodziła się powierzyć gospodarzenie komuś z tak małym doświadczeniem blogowym. Postaram się sprostać zadaniu.
Ze względu na działającą równolegle pełną parą WP po godzinach (do której mam zamiar wreszcie dołączyć, choć ciągle coś , no ciągle coś mi przeszkadza) Margot sugerowała wybranie jednego przepisu. Z tym miałam jednak wielki kłopot. Zupełnie nie mogłam się zdecydować. Przepisy, które wybrałam już dość dawno są diametralnie różne. Zadowolą i tych co lubią sobie poszaleć na drożdżowo i tych zaprzyjaźnionych z zakwasem. Poza tym tak je lubię, że dokonanie drastycznego cięcia nie wchodziło po prostu w grę. Wybierzcie więc Wy.

Pierwszy chleb wypatrzyłam dawno temu na blogu  Liski. Zaintrygował mnie bardzo.Upiekłam i przyznaję, że takiego smaku nie spotkałam nigdy wcześniej. Lekko słodkawy, a jednocześnie koperkowy. Dodatkowo przyjemnie wilgotny dzięki dodatkowi ricotty.
Przepis cytuję dokłądnie za Liską no bo co tu zmieniać kiedy jest perfekcyjnie?

Aksamitny chleb z koperkiem
na podst. lekko zmienionego przepisu R. L. Beranbaum, The Bread Bible

500 g mąki pszennej, dowolnego typu (chętnie używam tu typu 650)
25 g cukru
20 g świeżych drożdży plus 1 łyżeczka cukru(z nimi lepiej wychodzi, ale jeśli nie mamy, może być 1,5 łyżeczki drożdży instant, wówczas pomijamy cukier)
250 g sera ricotta, schłodzonego
100 g miękkiego masła
1 duże jajko
1,5 łyżeczki soli
120 g wody
1 łyżka świeżego, bardzo drobno posiekanego koperku


Świeże drożdże zasypujemy łyżeczką cukru, wlewamy 1 łyżkę wody. Mieszamy i odstawiamy na 15 minut, by 'ruszyły'.
Mąkę mieszamy z cukrem i solą, następnie miksując dodajemy pozostałe składniki (jeśli używamy drożdży suszonych, dodajemy je również).
Miksujemy tak długo aż ciasto, początkowo klejące, zacznie odstawać od ścianek naczynia. Zajmie to ok. 5-7 minut. Kiedy będzie gładkie, dodajemy koperek i mieszamy do czasu aż zostanie on równomiernie rozprowadzony w cieście (ok. 1/2 minuty).
Przekładamy do miski wysmarowanej olejem, przykrywamy folią i odstawiamy do wyrastania na 1 - 1,5 h.
Wyrośnięte ciasto dzielimy na pół, formujemy bochenki i przekładamy je do dwóch keksówek (można zrobić jeden duży bochenek, ja zrobiłam dwa małe). Spryskać wierzch oliwą.
Odstawić do wyrastania na ok. 30 minut.
Piekarnik nagrzać do 200 st C. Spryskać go wodą lub na dno wrzucić ok 1/2 szkl kostek lodu.
Wyrośnięty chleb naciąć wzdłuż ostrym nożem.
Wstawić do piekarnika. Piec 30-45 minut (w zależności od wielkości chleba).
Przed pokrojeniem, ostudzić.


Drugi przepis to własna twórczość, chociaż inspirowana wielokrotnymi wizytami na blogu  Tatter.
Uwielbiam chleby na zakwasie. Lubię bawić się w nastawianie zaczynu, doglądanie rosnącego ciasta, niespiesznie celebrując chwile. Takie chleby mają niepowtarzalny smak, strukturę miąższu i zapach.
Bywają jednak dni, czasem nawet tygodnie, kiedy codzienny natłok zdarzeń nie pozwala na czekanie.
Ten chleb jest nieskomplikowany. Jego receptura zakłada wykorzystanie zakwasu, dla poprawy smaku i aromatu, a jednocześnie, dzięki delikatnej pomocy drożdży skraca czas rośnięcia ciasta.
Trzeba tylko na noc nastawić zaczyn, a później to już z górki :)

Mój chleb codzienny

Zaczyn:
100 g zakwasu żytniego razowego
100 g mąki pszennej (typ 650)
150 g letniej wody

Wymieszać w misce i odstawić na noc (albo na 8-12 godz.)

Ciasto właściwe:
zaczyn
300 g wody
1 łyżeczka miodu
1 łyżka soli
kulka świeżych drożdży wielkości dużego laskowego orzecha
600-650 g mąki pszennej (typ 650)

Do miski wlać wodę, rozpuścić w niej miód, drożdże, dodać zaczyn, sól i wymieszać na jednolitą masę.
Wsypać mąkę, wyrobić gładkie ciasto. Zostawić do wyrośnięcia na ok 2,5 godziny ( z tym czasem może być różnie, w każdym razie ciasto powinno podwoić objętość). Po tym czasie wyjąć ciasto na stolnicę albo blat. Podzielić na pół, uformować dwa podłużne bochenki(tak robię ja, ale można też jeden olbrzymi okrągły). Włożyć do koszyków i pozwolić wyrosnąć (ok 1 1/2 godz.). Ostrożnie przełożyć z koszy na blachę. Można naciąć (chociaż mi to jakoś nie chce ładnie wyjść). Piec najpierw przez 10 min w naparowanym piekarniku, nagrzanym do 250 st. Później zmniejszyć temperaturę do 220 st i piec kolejne 10 min. Na końcu zmniejszyć temp do 200 st i dopiekać, aż będzie pięknie rumiany, no i oczywiście postukany od dołu, wyda piękny, głuchy odgłos.

Życzę wszystkim miłego pieczenia :)

3 lut 2010

Czasami trzeba się zatrzymać...

Dni mijają niepostrzeżenie. Chociaż nie, raczej mkną jak błyskawica. Zimowe infekcje czają się za każdą zaspą, niemal nie dają odetchnąć. Piętrzą się codzienne sprawy do załatwienia, przedmioty do ogarnięcia. Daję się porwać strumieniowi ... trzeba... muszę... powinnam jeszcze... to i tamto, a i jeszcze o tym miałam dzisiaj pamiętać.
Czasami więc na przekór temu co nie załatwione po prostu odpuszczam. Zwalniam, siadam z mężem wieczorem przy stole, otwieram pyszne wino. Cieszę się chwilą spędzoną wspólnie. Przygotowuję coś małego, coś tylko dla nas, co nie musi (jaka ulga) smakować śpiącym nieopodal nielatom ;)


Krewetki czosnkowe w białym winie
2 porcje, raczej do smakowania niż do najedzenia się


1 opakowanie dużych krewetek (ja miałam gotowane bez skorupek)
2 łyżki dobrej oliwy z oliwek 
3 łyżki masła
szczypta ostrej papryki w proszku
szczypta słodkiej papryki w proszku
4 duże lub 6 małych ząbków czosnku
ok. 1/4 szklanki (taki chlust) wytrawnego białego wina
2 łyżki posiekanej zielonej pietruszki (opcjonalnie, z chęcią bym dodała ale mój mąż nie znosi)
sól i pieprz
sok z cytryny (koniecznie, dla mnie niezbędny)


Krewetki wyjąć z opakowania na sitko. Przelać wrzątkiem, żeby się wstępnie rozmroziły. Odsączyć. Posolić.
Na patelni rozgrzać oliwę i masło, wrzucić posiekany drobno czosnek, paprykę i smażyć chwilę. Dodać krewetki, smażyć do zrumienienia z jednej i drugiej strony. Dolać wino i poczekać, aż trochę odparuje, a smaki się przenikną. To jest dobry moment na dodanie pietruszki, zdąży zmięknąć, a nie straci koloru.
Krewetki wyłożyć do miseczek, polać sosem z patelni.
Podawać z białym pieczywem i koniecznie cząstkami cytryny.