29 gru 2009

W pogoni za makowcem idealnym


Czekałam na niego co roku. Był nieodłącznym elementem Wigilii i Świąt u Babci. Ukształtował moje pojęcie o tym, jak powinien wyglądać i smakować "szanujący się" makowiec. Wyrośnięty, wilgotny, z czysto makowym, nieprzesłodzonym nadzieniem i prawdziwie drożdżowym, puszystym ciastem. Lepszy nawet po Świętach, kiedy kubki smakowe nie były zmęczone nadmiarem bodźców, a i brzuch pozwalał pochłonąć więcej niż tylko kawałek:)

Wiele razy starałyśmy się razem z mamą upiec taki sam, może chociaż podobny, może, żeby się chociaż nie rozwalił, albo nie zionął pustką pod odstającą skórką. Za każdym razem okazywało się, że nie ma tak łatwo, że takie rzeczy to tylko u Babci :)))) A były przecież nawet i korepetycje u źródła.
Na jakiś czas odeszłyśmy więc od przepisu Babci. Nastąpiły kolejno eksperymenty z ciastem (bo może np krucho-drożdżowe, będzie lepsze) i z nadzieniem (bo może z bakaliami, może z żółtkiem, mlekiem). Nieeeeee, oddalałyśmy się tylko od ideału.
Prywatnie i po cichu myślę sobie, że moja Babcia ma po prostu zaczarowane ręce.

W tym roku, zupełnie niespodziewanie chyba i mnie zaczarowała, bo udało mi się zrobić makowiec, który jest bardzo do tego jedynego podobny. Nie wiem czy to tylko szczęście, może fakt, że piekłam go po Świętach bez tej presji, że musi, a przynajmniej powinien wyjść. Całkiem na spokojnie, powoli, w poświąteczne popołudnie, odkryłam coś wartego zapamiętania. Na wszelki wypadek sobie zapisuję, bo zjadłam na kolację już trzy kawałki i rozsądek powstrzymał mnie przed wyciągnięciem ręki po jeszcze jeden ;)


 Mój makowiec mojej Babci

Ciasto drożdżowe:
przepis na rogaliki maślane nieocenionej Bajaderki

1 szklanka mleka
1/2 kostki masła
1/2 szklanki cukru
1/2 łyżeczki soli
1 łyżka suchych drożdży
3 duże jajka
4 i 1/2 szklanki maki
trochę mąki dodatkowo do podsypania przy wyrabianiu

Drożdże wsypać do małego naczynia, dodać troszkę mąki i cukru.
Mleko podgrzać, aż będzie letnie i 1/4 szklanki zalać drożdże, dobrze wymieszać i zostawić, aż zaczyn zacznie się podnosić.
Resztę (3/4 szklanki) mleka zagotować, przestudzić i dodać do niego masło, jajka i cukier. Odstawić do wystygnięcia. Teraz wsypać mąkę, dodać rozczyn i wymieszać, aż utworzy sie miękkie ciasto. Wyłożyć na stolnicę i wyrabiać dobre kilka minut, aż bedzie gładkie i lśniące. Włożyć z powrotem do miski i zostawic do wyrośnięcia w ciepłym miejscu na około 1 godzinę, aż podwoi swoją objętość. (Ja zawsze wyrabiam ciasto drożdżowe najpierw bez masła, a na końcu dodaję stopniowo stopione, ciasto łatwiej wtedy odchodzi od rąk)

Nadzienie makowe:
według przekazu mojej Babci:)

250 g maku
2 czubate łyżki cukru
grudka drożdży wielkości laskowego orzecha
1 czubata łyżka miękkiego masła
2 białka ubite na pianę
aromat migdałowy lub pomarańczowy

Mak zalać wrzątkiem, zagotować i zostawić na całą noc pod przykryciem, rano wylać na sitko i zaczekać, aż dokładnie odcieknie. Skręcić trzykrotnie w maszynce, przez drobne sitko. Podczas ostatniego kręcenia dodać dwie czubate łyżki cukru. Dodać czubatą łyżkę miękkiego masła, drożdże, kilka kropli aromatu migdałowego lub pomarańczowego. Wszystko dokładnie wymieszać i na końcu dodać pianę z dwóch ubitych białek.

Wyrośnięte ciasto podzielić na dwie części. Każdą rozwałkować cienko na dłuuuugi prostokąt (o krótszym boku takim jak długość blaszki). Posmarować rozkłóconym białkiem. Rozsmarować na cieście masę makową, zostawiając wolny 2 cm pas ciasta wzdłuż jednego z krótszych boków.
Zwinąć roladę wzdłuż krótszego boku, smarując zawiajną do środka powierzchnię ciasta białkiem.
Ułożyć w wysmarowanych masłem keksówkach i pozwolić ciastu dobrze wyrosnąć. Po wierzchu posmarować resztą białka.
Piec w temperaturze 175 - 180 stopni, przez ok 45 minut. W razie zbyt szybkiego rumienienia się wierzchu przykryć folią aluminiową. Po ok 15 minutach od wystawienia z piekarnika, wyjąc z formy i pozwolić ciastu odparować.

Polecam serdecznie.


24 gru 2009

Już prawie Wigilia

Za oknem szumi wiatr, z kuchni dochodzi zapach piernika. Słucham sobie zimowego Stinga. Pod choinką stoją wielkie torby, do których jutro rano dobiorą się moje dziewczynki.



Chciałabym w ten cichy i spokojny wieczór złożyć wszystkim przechodniom, którzy być może kiedyś tu zbłądzili ;) serdeczne życzenia cudownych jedynych i niepowtarzalnych Świąt. Niech będą dla każdego z Was takie jakich sobie po cichu życzycie.

11 gru 2009

Nocne krajobrazy.

Jestem z nich naprawdę zadowolona. Mają piękny kolor, mienią się perłowo i złoto.
Są kolejną wariacją na temat śnieżnej zimy, takiej, jaką pamiętam z dzieciństwa.
Prawdziwej zimy ze skrzypiącym śniegiem, otulonymi bielą drzewami, bałwanem na podwórzu i soplami, zwisającymi z krawędzi dachu. Do takiej zimy mi tęskno.


Jako baza do moich "obrazków" posłużyły pyszne mocno imbirowe pierniczki nieocenionej Bajaderki.
Są bardzo dobre i do jedzenia i do wieszania na choince. Do jedzenia - bo są kruche i chrrrrupiące :) świetnie smakują, lekko pikantnie, bardzo korzennie, a do wieszania jako ozdoby - bo świetnie się wałkują, nie rosną i tym samym nie odkształcają w czasie pieczenia. Polecam gorąco.


Pierniczki bardzo imbirowe wg Bajaderki
przepis cytuję dokładnie, bo jak to u Bajaderki nic nie musiałam zmieniać :)


1 szklanka melasy
1/2 szklanki brązowego cukru
1/2 szklanki cukru
4 łyżeczki zmielonego imbiru
4 łyżeczki cynamonu
3/4 łyżki sody
1 kostka masła
2 jajka
6 szklanek maki (czyli 1 kg)

Lukier:
1 białko (u mnie 2 łyżeczki białka w proszku i 2 łyżki wody)
2 szklanki cukru pudru
odrobina rumu lub soku z cytryny
kolorowe barwniki (niekoniecznie)


sposób przygotowania
W rondelku mocno podgrzać melasę, cukier, imbir i cynamon. Kiedy cukier się rozpuści, dodać sodę i dobrze wymieszać (masa bardzo się spieni) i zdjąć z palnika. Masło umieścić w misce miksera, wlać gorąca masę, wymieszać i lekko przestudzić. Dodać jajka po jednym ciągle ubijając i stopniowo wsypywać make. Rozgrzać piekarnik do temperatury 165ºC. Podzielić ciasto na 3-4 części, każdą wałkować na żądaną grubość i wycinać dowolne kształty, układać na wyłożonej pergaminem blasze. Piec w zależności od grubości ciasteczek 12-20 minut, aż zmienia kolor.
Wystudzić i polukrować.


9 gru 2009

Jadą jadą misie :)



Pojawiły nam się w domu misie. Takie puchate golaski. Zaopiekowałam się nimi ;). Poubierane w odświętne sukieneczki i spodenki pojechały do przedszkola.
Mam nadzieję, że będą się dobrze opiekować tamtejszą choinką :)))



Teraz kilka uwag producenta: lukrowanie to poważne zajęcie, wymagające planowania, pewnej ręki i cierpliwości, całych pokładów cierpliwości :)))



W ramach tęsknoty za prawdziwą śnieżną zimą dodatkowo jeszcze gwiazdki:




7 gru 2009

3... 2... 1... Piernikowanie czas zacząć :)


Czekałam na te dni już od roku. Od kiedy odpuściłam sobie, z przyczyn ode mnie niezależnych, zeszłoroczną edycję piernikowego szaleństwa. Tym razem, uzbrojona po zęby czekałam, czekałam. Dłużyło mi się, bo przecież tak kocham to robić. Nastawiać ciasto, rozgrzewać miód z przyprawami, wdychać ten niepowtarzalny zapach, cieszyć oczy jego złocistym, a potem bursztynowym kolorem.
No ale mam, zrobiłam niezawodne pierniczki z przepisu Kaeru z forum MniamMniam.
Zrobiłam i teraz dekoruję :))))
I uśmiecham się od ucha do ucha, prezentując wszystkim dookoła totalne zakręcenie piernikowe.
Aromat w domu, szczególnie w okolicach spiżarni jest niepokojąco przyciągający ;). Dzieci codziennie uszczuplają zapasy, dobrze, że trochę jeszcze zostało, może do świąt doczekają i będę miała co powiesić na choince :)


Pierniczki Kaeru
cytuję dokładnie za Kearu, moje zmiany kursywą

1 kg mąki
8 żółtek, 3 białka
1 ½ szkl. cukru (dałam 1 szkl.)
3 łyżki kakao
1 pojemnik śmietany (200 ml) (u mnie była to 22%)
3 łyżeczki sody
4 łyżeczki przypraw (2 cynamonu, 1 goździków, trochę gałki muszkatołowej, ½ łyżeczki kawy rozpuszczalnej, ½ łyżeczki pieprzu – ja biorę 2 łyżeczki przyprawy do pierników, 1 łyżeczkę kawy, ½ łyżeczki pieprzu i trochę cynamonu) (u mnie to były 2 łyżeczki przyprawy do piernika Kamis, łyżeczka kawy, 1 łyżeczka cynamonu)
1 kostka margaryny (250 g) (u mnie masło, zawsze masło :)
1 słoik miodu (400g)




sposób przygotowania:
1. Kakao wymieszać z mąką w dużej misce i odstawić.
2. Miód zagotować z przyprawami, odstawić, i włożyć margarynę, żeby się rozpuściła. Poczekać aż wystygnie.
3. W śmietanie rozpuścić sodę i odstawić. Po dodaniu sody śmietana zwiększa swą objętość. Śmietana powinna mieć temperaturę pokojową.
4. Białka ubić na pianę, dodać cukier i ubijając dodawać żółtka.
5. Ubite jajka wlewać do mąki i delikatnie wymieszać, wlać miód i dalej mieszać. Na koniec dodać śmietanę z sodą. Ciasto jest dość rzadkie.
6. Odstawić ciasto na dobę w chłodne miejsce. W ciągu 24 godzin mocno zgęstnieje.
7. Ciasto podsypać mąką, rozwałkowywać na grubość ok. 3-4 mm i wykrawać pierniczki. Ciasto ma konsystencję klejącą dlatego mąki nie żałować, bardzo ładnie wchłonie się w ciasto (tę ostatnią uwagę trzeba sobie wziąć do serca, mi w tym roku ciasto wyszło zdecydowanie mocno klejące, może to wina wilgotnej mąki ?).
8. Blachę wyłożyć papierem lub folią, "przykurzyć" mąką. Pierniczki ułożyć w pewnej odległości od siebie, bo sporo rosną nie tylko w gore.
9. Male lub "dziurawe" piec w temperaturze ok. 180 stopni 7-8 minut, duże pełne bez wycięć w środku około 10-12 minut.
10. Polukrować lukrem zrobionym z wody i cukru pudru. Po wyschnięciu lukru przełożyć do puszek i nie zaglądać do Świat.

Ja wycinam cieńsze pierniczki, 3 mm to max. Dlatego dokonuje cudów przenosząc je na blachę. Ale opłaca się bo pierniczki są po upieczeniu puszyste i lekkie.
Dekoruję lukrem zrobionym z cukru pudru (1 szkl.) i 1 białka (w moim przypadku jest to substytut białka w proszku - obsesja salmonelli się kłania ;)))

Zaczęłam klasycznie, na biało, ale z kąta już czają się barwniki, o czym, mam nadzieję niebawem.

29 lis 2009

Weekendowa piekarnia #53 - brioche na semolinie

Dziś rano wyjęłam z pieca rumiane, pachnące wanilią bułeczki. Specjalnie żeby je upiec pierwszy raz zakupiłam prawdziwą włoską semolinę. Piękna jest, taka słonecznie żółta. W dotyku sypka, pod palcami bardziej "piaszczysta" niż zwykła mąka. Wiedziałam, że ciasto drożdżowe na niej będzie też zupełnie inne.
Zabrałam się do wyrabiania już wczoraj wieczorem, bo w planach miałam nocne wyrastanie w lodówce. Pierwszym zaskoczeniem było to, że ciasto w ogóle się nie kleiło do rąk. Było jednak o wiele bardziej "kruche" o ile takim mianem można określić drożdżowe ciasto. Mocno wyrosło, mimo, że z podanych proporcji wyszło dość zwarte. Uformowałam 16 małych kulek z ciasta, naciągając i składając ciasto wielokrotnie do środka. Rosło sobie przez noc spokojnie, rano ogrzałam, pozwoliłam jeszcze trochę podrosnąć i upiekłam. Bułeczki wyszły dość zwarte, z małymi równymi dziurkami. Doskonałe świeże, wieczorem to już nie było to samo. Taki jest jednak los większości drożdżówek.



Brioche  na semolinie
Przepis pochodzi z blogu Soso
moje zmiany dodałam w nawiasach
  • 600 g  mąki z pszenicy twardej durum czyli w Polsce będzie to miałka semolina
  • ciut soli (nie dodałam)
  • 60 g cukru (ja dałam 75 g)
  • 250 g mleka
  • wanilia,np extrat (dałam ziarenka z jednej laski, mleko też z nią podgrzewałam)
  • 80 g margaryny (ja użyłam masla)
  • 1 jajko
  • 20 g swiezych drozdzy
  • cukier gruby do posypania (nie miałam, użyłam trzcinowego)

Wyrobic ciasto az bedzie gladkie i elastyczne (nie mam maszynki więc zrobiłam toręcznie). Zostawić do wyrosniecia przez mniej wiecej godzine (u mnie rosło dwie). Ciasto musi powiekszyc objętośc. Odgazować, podzielić na 8 czesci (u mnie to było 16) i zrobić kulki, Ułożyć je w tortownicy wysmarowanej masłem. Zostawić do wyrośnięcia (u mnie na całą noc w lodówce), posmarować mlekiem i posypać grubym cukrem (ja posmarowałam żółtkiem i posypałam demerarą). Piec 45 minut, wkladajac do zimnego piekarnika albo do nagrzanego na 180° wtedy piec mniej wiecej 25 mn. Ja włożyłam do zimnego piekarnika.

Polecam z masłem i dżemem, choć moja córka jadła owszem z masłem ale i z szynką :)))

Kurczak w sosie cytrynowo - bazyliowym

Kiedyś, kiedyś, dawno temu jadłam w pewnej knajpce pewnego kurczaka. Był pyszny. Właściwie najpyszniejszy był sam sos do niego. Moje zmysły wytropiły tam nutę cytrynową, z bazylią było łatwiej, dała się zauważyć gołym okiem. Tyle udało mi się zapamiętać. Wyszłam z mocnym postanowieniem, że odtworzę ten smak.
Dzisiaj stanęłam przy kuchni, uruchomiłam wyobraźnię i się zaczęło :)))

 Kurczak w sosie cytrynowym z bazylią



Składniki do przygotowania mięsa:

1 podwójna pierś z kurczaka
1/2 cytryny
sól
pieprz
1/2 szklanki mleka
2 łyżki oleju do smażenia

Składniki sosu:

łyżka masła
sok z 2 cytryn
skórka otarta z 1 cytryny
300 ml śmietanki słodkiej 30 lub 36%
1/2 łyżeczki cukru
1 łyżka utartego parmezanu
2 łyżki posiekanej świeżej bazylii
sól
pieprz

Każda połówkę piersi przekroić wzdłuż, tak, żeby otrzymać po dwa cieńsze kotlety (w sumie cztery). Każdy kotlet rozbić delikatnie ręką, posolić, posypać pieprzem, skropić sokiem z cytryny. Ułożyć w misce, polewając mlekiem, odstawić na ok. 1/2 godziny. W tym czasie na patelni roztopić masło, dodać skórkę z cytryny, sok z cytryny, cukier, chwilę poddusić. Zalać śmietanką i pogotować, aż sos zgęstnieje (według indywidualnych potrzeb :)). Doprawić łyżką parmezanu, solą i pieprzem. Zestawić z palnika i dodać do gorącego posiekaną bazylię, wymieszać.
Kurczaka wyjąć z marynaty, osuszyć papierowym ręcznikiem. Smażyć na rozgrzanym oleju z obu stron, aż do zrumienienia, ale nie za długo. Ma być w środku ścięty ale soczysty.

Moim zdaniem najlepiej mu w parze z makaronem :)))

Dodam tylko, że udało się. Odtworzyłam to co sobie zapamiętałam. Cudowny, cytrynowy sos i kruche soczyste mięso. Polecam gorąco takie połączenie.

Zdjęcia, ech... kiepskie, jak zwykle kiedy na plecach czuję oddech czekającej na obiad rodziny ;)))


Przyłączyłam się tym przepisem do Cytrusowego weekendu, organizowanego przez Tatter.

Weekendowa piekarnia #53 - chleb na zakwasie z płatkami owsianymi

Kibicowałam weekendowej piekarni już od dawna. Idea wspólnego pieczenia bardzo do mnie przemawia. Kiedy odważyłam się wreszcie założyć bloga, wiedziałam, że nadszedł też czas na spróbowanie swoich sił wśród weekendowych piekarzy. Poza tym miałam kolejny pretekst żeby zamieszać, powyrabiać i wreszcie też skosztować ;)
Pierwszy raz wzięłam udział w tej cyklicznej blogowej akcji.
Mam też nadzieję, że nie ostatni :) bo mi się spodobało.
Tym razem gospodynią była -Zapbook z Chez Zapbook. Z jej trzech propozycji ja wybrałam dla siebie dwie.
Najpierw na sobotnie śniadanie zrobiłam Chleb na zakwasie z płatkami owsianymi


Chleb na zakwasie z płatkami owsianymi
Przepis pochodzi z blogu Jane.
moje zmiany w nawiasach

• 300 g mleka
• 150 g wody
• 200 g zakwasu (mój był żytni, bo tylko taki na razie posiadam :)
• 600 g mąki T 80, ale może być np. pół na pól T 65 i T 55 albo tylko 65 (ja dałam 550 i pełnoziarnistą Lubelli )
• 50 g mąki żytniej jasnej (ja dałam 720)
• 100 g płatków owsianych
• 15 g soli
• 3 łyżki cukru, albo miodu ,albo melasy ..(dałam 2 łyżeczki miodu).

Włożyć wszystkie składniki do maszynki i niech ona sobie miesza, a jak nie to wyrobić ręcznie (u mnie to zdecydowanie było ręcznie z braku maszyny). Ciasto musi być gładkie i nie klejące. Zostawić do wyrośnięcia kolo 4 godzin. (u mnie rosło 5 godzin). Odgazować, uformować chlebek, obtoczyć w mące i niech on sobie rośnie w koszyczku, znowu jakieś 4 godzinki (mój rósł przez noc na balkonie). Nagrzać piekarnik do 210°, naciąć chleb ,naparować i piec kolo 40 minut. Można tez go spryskać woda i posypać płatkami owsianymi.

Chleb okazał się hitem. Wiedziałam, że będzie dobrze już wtedy, kiedy uchyliłam na chwilę drzwi piekarnika i pięknie zapachniało miodem. Pięknie się zrumienił, nacięcia się wypełniły. Smak ma lekko słodkawy (pewnie od miodu, którego dałam uważam w sam raz), miąższ dość zwarty z nieregularnymi dziurami.
Mój został pokrojony bardzo szybko, kiedy tylko wystudziłam go na tyle, że dał się kroić.
Na pewno do niego wrócę.


Na koniec kanapka mojego męża, która na tyle mi się spodobała, że postanowiłam ją uwiecznić :)))

25 lis 2009

Pardulas - ciasteczka z miodem



Kiedyś, dawno temu znalazłam w Atlasie Kulinarnym Świata przepis na małe ciasteczka, które jakoś mnie zaintrygowały. Są jednocześnie i ciekawe i niezbyt skomplikowane w przygotowaniu.
Pochodzą z Włoch, a ich cechą wyróżniającą jest sposób formowania - nadzienie nakłada się do miseczek z ciasta, z "przyszczypanym" brzegiem, luzem kładzionych na blasze, nie ograniczonych żadną foremką. Poczytałam i dowiedziałam się, że pardulas to nazwa zbiorcza wypieków o takiej formie. Nadzienie się zmienia.
Długo zwlekałam z ich wypróbowaniem ale wreszcie są. Takie małe, płaskie babeczki. Trochę jak mini serniczki, trochę jak tarteletki.


Pardulas
przepis z Kulinarnego Atlasu Świata
proporcje na 8-9 ciasteczek


Ciasto:
12 dag mąki
szczypta soli
1 czubata łyżka zimnego masła
1 łyżeczka płynnego miodu
4 łyżki wody


Nadzienie:
15 dag ricotty
2,5 łyżki cukru
2 żółtka
skórka z 1/2 cytryny i 1/2 pomarańczy
1 łyżka rodzynek
2 białka

miód do polania ciasteczek






Do mąki w misce dodałam sól. Połączyłam mąkę z masłem startym na tarce o drobnych oczkach. Wlałam miód i wodę, zagniotłam gładkie ciasto. Wstawiłam przykryte na 30 minut do lodówki. Po tym czasie schłodzone ciasto rozwałkowałam, wycięłam kółka o średnicy 10 cm. Ułożyłam na blasze przykrytej papierem do pieczenia. Brzegi kółek "przyszczypałam" w ośmiu miejscach, tworząc brzeg o wysokości ok. 1 cm. Tak powstałe miseczki włożyłam na 15 minut do lodówki.
Ricottę utarłam w misce z cukrem i żółtkami, dodałam skórkę z cytrusów i rodzynki oraz ubitą na sztywno pianę z białek. Napełniłam ciastka. Przepis podaje, żeby piec w temp. 180°C, podczas gdy moim zdaniem to stanowczo zbyt niska temp. Szczypanki w ciastkach się rozjechały. Sądzę, że należałoby wstawić dobrze schłodzone ciastka do piekarnika nagrzanego do 200 - 210°C. Po ok 5 minutach, gdy ciasto się zetnie, obniżyć temp. do 180°C i spokojnie dopiec, aż ciastka zrobią się rumiane.


Pardulas podaje się skropione miodem.
Na podstawie własnego doświadczenia wiem, że jest to bardzo dobry pomysł. Dopiero polane miodem i to wcale nie bezpośrednio przed podaniem, nabierają właściwego charakteru. Tak samo jak herbata z samą cytryną albo herbata z samym miodem nie dorównują herbacie z miodem i cytryną ;)
Dobrze tez zjeść je następnego dnia po upieczeniu. Wtedy miseczki z ciasta stają się wilgotniejsze i lepiej komponują się z wnętrzem.
Do pardulas na pewno wrócę. Nadają się doskonale w tych nierzadkich momentach, kiedy trzeba przygotować coś szybko i nie ma czasu na dodatkowe zakupy. Szast, prast i mam idealny dodatek do kawy ;)))



Zielono mi

Danie z którym chciałam się zmierzyć już od dawna. Od czasu, kiedy kupiłam pierwszy odcinek Kulinarnego Atlasu Świata. Zapatrzyłam się na tę energetyczną zieloność i już nie było odwrotu.
Dłuuuugo się zbierałam, przyznaję. Ostatnio nadarzyła się okazja, żeby wykorzystać właśnie ten przepis.
Zostałam bowiem wyzwańcem listopada na forum MniamMniam.
No i się zaczęło :)
Niby takie po prostu pierożki, a jednak nie.
Bo wałkuje się ciężko, a musi być cieniutko, gdyż ciasto mocno jajeczne.
Bo przy wykrawaniu radełkiem robią się w pierożkach bańki powietrza i za nic nie można ich usunąć.
Bo jakieś takie koślawe mi wyszły, a miało być tak pięknie i filigranowo.

Za to smak, mhmm, smak wszystko wynagradza.
Kompozycja kremowego środka, zwartego ciasta i pomidorowo - serowego miszmaszu jest powalająca.
O stronie wizualnej też muszę napisać, bo zdjęcia mnie zawiodły. Tak szybko zapada listopadowa noc, że o zdjęciach w świetle dziennym można tylko pomarzyć.
A kolory były piękne, nasycona, hiszpańska czerwień, łagodna pastelowa żółć i wczesnowiosenna zieleń.
Na zdjęciach jest tylko wspomnienie tego czym moje oczy i kubki smakowe cieszyły się wczoraj, niestety po zmierzchu.





Ravioli verdi
za Atlasem Kulinarnym Świata, przepis zmieniony i uzupełniony


Ciasto:
1/2 kg mąki
po 1 małym pęczku natki pietruszki i bazylii
3 jajka (powinny być duże)
2 żółtka
1 białko do smarowania ciasta

Farsz:
25-30 dag ricotty
25 dag mozzarelli
3 garstki tartego parmezanu (u mnie to były czubate łyżki)
1 duża cebula
3 ząbki czosnku
oliwa
garść listków bazylii
pieprz

Sos czerwony:
1 puszka pomidorów (u mnie słoik domowego przecieru)
oliwa
czosnek
bazylia
sól
pieprz

Sos żółty:
1 fiolka szafranu (ja go nie znoszę, u mnie była szczypta kurkumy)
100 ml białego wina
1-2 łyżki masła
150 ml śmietany 30-proc.
łyżka startego parmezanu (mój dodatek)



Przygotowanie farszu:
Na desce drobno posiekałam mozzarellę, na oliwie  lekko zrumieniłam posiekaną cebulę i czosnek. Przestudziłam. W misce połączyłam ricottę, mozzarellę, starty parmezan i mieszankę cebulowo-czosnkową. Dodałam posiekaną bazylię i pieprz. Wyrobiłam łyżką zwięzła masę.




Przygotowanie ciasta:
Listki zieleniny zmiksowałam z żółtkami i jajkami na jednolity zielony płyn. Zagniotłam z mąką, wyrabiałam podlewając wodą, bo niestety moje jajka była małe. Rozwałkowałam najcieniej jak umiałam ;)

Na połowie placka układałam porcje nadzienia, pomiędzy nimi posmarowałam ciasto białkiem. Przykryłam pozostałą częścią ciasta, docisnęłam, walcząc z bańkami powietrza. Pokroiłam radełkiem na kwadraty, gdzieniegdzie podociskałam, żeby się nie rozkleiło. Ugotowałam w osolonej wodzie.

Przygotowanie sosu czerwonego:
Na oliwie podsmażyłam czosnek, dodałam przecier pomidorowy, zredukowałam, dosłodziłam, dodałam pieprzu, bazylię pominęłam bo chciałam zachować czysty kolor sosu.

Przygotowanie sosu żółtego:
Szafran zaparz w gorącym winie z masłem. Śmietanę zredukuj na patelni, dodaj szafran. Gotuj do zgęstnienia, posól. Tyle przepis oryginalny.
W mojej wersji stopiłam masło, dodałam kurkumy, chwilę pomieszałam i dodałam wino. Kiedy odparowało wlałam słodką śmietankę i redukowałam dalej. Spróbowałam, dodałam szczyptę cukru. Na końcu wsypałam parmezan, wymieszałam aż do roztopienia.




Potem pozostaje już tylko kompozycja tego wszystkiego na talerzu i radosne pałaszowanie.


23 lis 2009

Sposób na struclę ... z powidłami


Z drożdżówkami mam pewien kłopot. Nie robię ich zbyt często, bo nie są na liście ulubionych ciast mojego męża. Mało tego, są nawet gdzieś daleko poza listą ;)
Ja z kolei wszystko co drożdżowe po prostu kocham, bezwarunkowo i namiętnie ;).
Czasami więc po prostu muszę :). Szczególnie, gdy od dawna czeka na wypróbowanie pewna strucla  i pojawia się specjalne zamówienie mojej córki.
"Tylko z powidłami mamusiu" :))))

Trochę wyrabiania, zwijania, oczekiwania.Plus całkiem nowy sposób na ostateczny efekt podpatrzony u Dorotus.
Sposób gwarantujący zwarte, piękne kromki, bez odstającej "skórki".

W sam raz na niedzielne popołudnie.
Warto było dla krótkiego: "Rewelacja", w wykonaniu mojej mamy :)))

Strucla z powidłami
przepis z blogu Moje wypieki z moimi zmianami

składniki na ciasto:

750 g mąki
3 jajka
torebka drożdży instant
1 szklanka letniego mleka
90 g cukru
opakowanie cukru waniliowego
130 g masła

słoik domowych powideł (ok 300ml)

kruszonka:
mąka i cukier w równych proporcjach objętościowych
stopione masło ok 80 g

Mąkę wsypać do miski, wymieszać z drożdżami, cukrem i cukrem waniliowym.
Zrobić zagłębienie, wbić jajka, wlać mleko. Wyrobić najpierw łyżką, potem ręką gładkie ciasto. Następnie partiami wlewać stopione i lekko wystudzone masło, wyrabiając, do całkowitego wmieszania w ciasto. Wyrabiać jeszcze chwilę aż do uzyskania lśniącej kuli.
Zostawić pod przykryciem do podwojenia objętości. Następnie odgazować, podzielić na dwie części.
Rozwałkować każdą na placek długości blachy (moja ma 35 cm), w miarę możliwości cienko (ok 5-6 mm)
Posmarować powidłami (moje były bardzo gęste i zwarte, więc lekko je najpierw rozgrzałam).
Zwinąć strucle i ułożyć na 1 szerokiej blasze, lub w dwóch keksówkach (moim zdaniem lepsza wersja). Pozwolić im spokojnie wyrosnąć. Po tym jak podwoją objętość naciąć głęboko (do dna) ostrym nożem przez środek każdej strucli. Poczekać jeszcze, aż się rozchylą i wypełnią blachę.
Posypać kruszonką i wstawić do piekarnika (180 stopni). Piec ok 30 min.

Najlepiej smakuje ze szklanką mleka :)

19 lis 2009

Chleb z orzechami i morelami



Czasem tak jest, że dużo sobie po jakimś przepisie obiecuję, planuję, ekscytuję się.
Później jest różnie. Bywa, że efekt jest nawet lepszy od wyobrażeń. Wtedy do przepisu wracam z niekłamaną przyjemnością. Zdarza się też, że coś jest smakowo zupełnie nie w moim stylu, żegnam się więc z przepisem bez zbędnego żalu.
Bywają i takie przepisy, które po wypróbowaniu lądują w kategorii - rozwojowe ;))). Nie do końca jestem zadowolona z efektów ale wiem, że nie można danej potrawy spisywać na straty, albo, że wypiek leżący przede mną wręcz domaga się kolejnej szansy.
Tak było i tym razem.
Spieszyło mi się do tego chleba bardzo, rzekłabym, że nawet za bardzo.
Zapomniałam na chwilę o tym, że pośpiech chlebom nie służy.
Dodałam mu trochę ciepła, nie poczekałam, aż sobie leniwie wyrośnie.
Popękał biedaczek na skutek tych moich zabiegów. Jest też moim zdaniem trochę za bardzo zwarty i przez to raczej "ciężki". To drugie to zasługa zbyt dużej, jak na mój gust ilości bakalii.

Teraz pora na zalety: kolorowy, czasem słodki, czasem chrupiący, zależy co akurat weźmiemy na ząb.
Ciekawy i niebanalny.
Po paru poprawkach będzie z niego całkiem zacny chleb ;)))

Chleb z orzechami laskowymi i morelami
inspirowany recepturą z "Wyznań francuskiego piekarza"

Zaczyn :
100 g aktywnego zakwasu (miałam tylko żytni ale pszenny byłby lepszy)
180 g (1 szk) mąki pszennej typ 650
100 g wody

Składniki zaczynu połączyć w misce przy pomocy łyżki.
Odstawić na 4-5 godz do spokojnego wyrośnięcia. Potem w zależności od tego która jest godzina przejść do następnego etapu albo, jak ja to zrobiłam, przechować zaczyn w lodówce do dnia następnego. 

Ciasto właściwe:
cały zaczyn
425 g (2,5 szk.) maki j.w.
200 g letniej wody (można dać trochę więcej)

1,5 łyżeczki soli
3/4 szk. suszonych moreli pokrojonych w kostkę
3/4 szk. orzechów laskowych grubo posiekanych
ok. 20g mąki zużyłam do podsypywania w czasie wyrabiania.


Dwie godziny przed rozpoczęciem działań wyjąć zaczyn z lodówki i pozwolić mu dojść do temp. pokojowej.
W  misce wymieszać mąkę z solą.
Dodać zaczyn, wodę i wyrobić gładkie, dość zwarte ciasto. Powinno całkowicie odchodzić od rąk. Dodać posiekane morele i orzechy i wyrabiać aż równomiernie rozłożą się w cieście.
Uformować kulę i odstawić do wyrośnięcia. Poczekać, aż podwoi objętość.
Odgazować ciasto na blacie.  Uformować okrągły bochenek (albo dwa małe) i  zostawić do ponownego wyrośnięcia na blasze.
Doświadczenie mówi, że trzeba się uzbroić w cierpliwość bo temu chlebowi trzeba dać czas.

Piec w naparowanym piekarniku,  najpierw przez 10 min. w temp. 250 stopni, potem  przez następne 30 min. w temp. 210 stopni.
Przed krojeniem dobrze wystudzić na kratce.


Najlepiej smakuje z masłem, krojony w cienkie kromki ;))))