22 gru 2012

Ostatni odcinek piernikowej opowieści:)




Za oknem piękne słońce, mroźnie skrzą się zaspy. Skrzydlaci goście jakby bardziej puszyści i nastroszeni.
W domu jasno i ciepło.
Jeszcze tylko żeby nikt nie kichał i nie kasłał.
Trzymam kciuki za domowych chorujących, gotuję im rosół i donoszę herbatki.
Jeszcze po cichu marzę o realizacji niektórych aromatycznych i słodkich planów.
Zakupiłam furę bakalii.
Może zdążę coś jeszcze upiec.
A może nie.
Przecież "choinka potrzebuje pięknego brokatowego łańcucha". I to jest znacznie ważniejsze.
I to, że Petson z Findusem zrobili najdziwniejszą pod słońcem choinkę klik.

I śnieżynkowe wycinanki na kuchennym oknie, jak co roku :)))






Zdjęcia pierników robiłam w ponure wtorkowe popołudnie, kiedy słońce spało gdzieś wysoko, opatulone w szare piernaty.
Za to ja pochylona nad kuchennym parapetem, najjaśniejszym miejscem w całym domu, przegrywałam walkę z odchodzącym dniem. Poddałam się, kiedy zapaliły się przed moim nosem podwórkowe latarnie.
Pierniki rozjechały się po świecie i w dzisiejszym słońcu mogę je sobie pooglądać tylko na fotografiach:)))

Jest jeszcze jeden specjalny pierniczek. Robiony z myślą o kimś konkretnym.
Wszystkiego  fajnego droga Kasiu. Uściski.


18 gru 2012

Pod śniegiem...


Schowane pod śniegiem świerki,
zwykłe szyszki, z których mróz robi niezwykłe srebrne precjoza.



Otulone zimową kołdrą koraliki jarzębin.
I zbłąkany zimowy gość, który przysiadł tylko na chwilę, a może wcale go tam nie było.


16 gru 2012

Zagadka piernikowej porcelany



Urzekła mnie od pierwszego spojrzenia.
Te wszystkie filiżanki, kubki, dzbanuszki...
Wszystkie z motywem jelenia na tle zimowego lasu.
Nie pamiętam zbyt wielu przepisów z tej książki, za to tę świąteczną porcelanę pamiętam ze szczegółami.
Bardzo chciałabym taką mieć.
Skoro jednak, jak można przeczytać w książce, jest to nierealne, postanowiłam ją sobie wyczarować w inny sposób.
Kolorowy lukier na śnieżnobiałej cukrowej porcelanie to całkiem niezły pomysł, nieprawdaż?



Przy okazji wpadłam na pomysł.
Dla tego kto pierwszy wpisze w komentarzach tytuł książki, którą inspirowałam się przy produkcji piernikowej porcelany, otrzyma w prezencie dwa pierniczki: imbryczek i filiżankę.
Postaram się jakoś tak je zapakować, żeby przetrwały trudy podróży.


15 gru 2012

Mroźny błękit i staroświeckie koronki.

Dawno temu, kiedy mroźne dni wyostrzały krajobraz, ogród spał, otulony skrzącą się gładką powierzchnią białego puchu.
Cały świat zdawał się zwalniać swój szalony pęd. 
Można było ze spokojem zasiąść w pobliżu wesoło migoczącego pomarańczowym światłem kominka, dziergając koronki.



Tylko dzieci, którym nigdy jakoś zima nie straszna, nie bacząc na malinowe policzki i szczypiące nosy, z zapamiętaniem toczyły po podwórzu śnieżne kule. 
Później, grzejąc zziębnięte palce przy kubku kakao, wesoło machały przez szybę do odpowiadającego im węgielkowym uśmiechem strażnika zimowego ogrodu. 




Nastały takie dni, kiedy nie jest mi dane nacieszyć się dniem, chyba, że przez okno w pracy.
Robienie zdjęć odłożyłam więc aż do dzisiaj.
Lepsze nawet takie szare, ale jednak dzienne światło od wyżółcającej wszystko żarówki.

Jutro zapraszam na dalszy ciąg piernikowej odysei 2012 ;)

9 gru 2012

Trochę starego złota i ...słodyczy ;)

Od dwóch dni mój świat to kuchenny stół, miseczki, szklaneczki, wykałaczki i pędzelki.
No i audiobooki w tle całej tej zabawy.
Zasypiam z widokiem pierniczków pod powiekami.
Szaleństwo, prawda?
Jednak nie potrafiłabym z niego zrezygnować.

Wiem, że te widoczki pojawiły się już kiedyś w blogu.
Jakoś co roku nie mogę się powstrzymać przed ich zrobieniem, zresztą jest na nie zapotrzebowanie wśród odbiorców ;)))
Tak więc coś dla starszych:




i coś dla trochę młodszych:



8 gru 2012

Piernikowe wprawki.

Jak co roku najpierw biały lukier.
Za gęsty, potem trochę zbyt napowietrzony.

Pierwsze koślawe linie.
Trzy pierniczki lądujące w brzuchu.
Zdecydowanie nie do pokazania światu :)))

Już się trochę rozkręciłam.
Niedługo przyjdzie czas na kolory.







2 gru 2012

Na rozgrzewkę :)



Przed nami zima.
Nie ma się co oszukiwać, chociaż ostatnie tygodnie, z temperaturą w okolicach 8 stopni, uśpiły nieco moją czujność.
Przecież nie można w nieskończoność żegnać się z jesienią.
W końcu to już grudzień.
Dzisiaj za oknem zimowy pejzażysta poszalał srebrnym pędzlem.
Na początek delikatnie podkręcając spłowiałą zieleń i całą paletę brązów.
Dodając nieco chłodnej szlachetności.

Zakładam kurtkę wychodząc na balkon, dosypać słonecznika sikorkom.
Chowam do domu resztę dyniowych zapasów.

Z rozpędu zapominam o rękawiczkach i cały spacer spędzam z rękami w kieszeniach. W dodatku przytupując.

Wyjmuję z szafki świąteczne kubki.
Tak, już na nie czas.
I na herbatę z karmelem.

Na rozgrzewkę w pierwszy grudniowy weekend piekę ciastka.


A jutro...
Jutro robię ciasto na tegoroczne pierniki.





Ciastka owsiane z żurawiną i pistacjami

200 g mąki krupczatki
100 g płatków owsianych (najlepiej błyskawicznych)
180 g masła
110 g drobnego cukru
1 jajko
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
60 g wyłuskanych pistacji
100 g suszonej żurawiny
2/3 tabliczki białej czekolady
2 łyżki śmietanki lub tłustego mleka

W jednej misce wymieszać mąkę, płatki, proszek do pieczenia, posiekane grubo pistacje i żurawinę.
W drugiej misce utrzeć masło z cukrem do białości. Dodać jajko i ekstrakt waniliowy, cały czas ubijając.
Dodać suche składniki i dokładnie wymieszać.
Z ciasta formować kulki wielkości orzecha włoskiego i układać na blasze, spłaszczając dłonią.
Z podanych składników wyszło mi 34 ciasteczka.
Piec w temp 190 stopni do lekkiego zrumienienia.
W kąpieli wodnej rozpuścić czekoladę z 2 łyżkami mleka.
Polać czekoladą jeszcze ciepłe ciastka i zostawić do całkowitego ostygnięcia.
Albo nie bo to trudne :))) kuszą oj kuszą.


25 lis 2012

Z kronikarskiego obowiązku :)



Prawie pół roku temu...

Zuzia wbiegła zdyszana z przedszkola, już od progu wołając:
"Mama na pewno kończy robić tort, na pewno"
Wbiegła i .....
nabrała powietrza...
"Eeee, myśśślałaam, myślałam, że będzie piętrowy, taki jak Emilki."

Próbując ratować sytuację, zapytałam:
"A widziałaś kiedyś piętrową łąkę?"

"Dlaczego nie, mogłaby być piętrowa".

Skrzydełka opadły, i jej i moje trochę też.
Tort wylądował na stole.



Babcia dyskretnie przeprowadziła gdzieś w zaciszu rozmowę z gatunku wychowawczych.
Zuzia z ociąganiem wpełzła do salonu i przesadnie układnym tonem wyrecytowała:
"Ładny tort zrobiłaś mamusiu"
Jednocześnie, o czym dowiedziałam się później, zrobiła w stronę babci powykrzywianą minę, znaczącą "patrz przez Ciebie muszę tak kłamać, zadowolona???"

Świeczki zostały zdmuchnięte.
Nóż do ręki wzięty...

i oczom zgromadzonych ukazało się wnętrze, z towarzyszeniem entuzjastycznego i, tym razem, szczerego:

"Mamusiu jednak zrobiłaś mi NAJPIĘKNIEJSZY tort na świecie, a nie najbrzydszy".


Na długo zapamiętam te urodziny, Zuzia zresztą też.


Tort powstał z oddzielnie pieczonych blatów biszkoptowych, każdy z dodatkiem barwnika w żelu.
Największe kłopoty miałam z uzyskaniem niebieskiego. Wiejskie jajka i ich niesamowicie żółte żółtka dawały czadu ;)
Nasączyłam tort obficie ponczem ze świeżego soku cytrynowego (blaty pomarańczowy, żółty i zielony), ze świeżego soku truskawkowego (blat czerwony) i ponczem waniliowym (blaty pseudoniebieskie i fioletowy).

Krem to bita śmietana z mascarpone i wanilią.
Wierzch cienko posmarowałam maślanym kremem mocno cytrynowym. Jest to konieczna izolacja. Na to masa marcepanowa, własnoręcznie zafarbowana barwnikami w żelu.

Co ja zrobię na następne urodziny, przy tak rosnących wymaganiach ;)

15 lis 2012

Małe nocne misterium i garść jesiennych wspomnień.


Cieeepła,
nasycona kolorami,
purpurą,
żółcią,
pomarańczem,
gdzieniegdzie nawet różowa, a świat przez różowe okulary wiadomo jaki jest.
Taka była.
Nieustająca przyjemność dla moich oczu.



Jadąc do i z pracy odkrywałam kolejne jej wcielenia, strojenie się w coraz to nowe, wymyślne kreacje.
W tym sezonie ostatecznie dotarło do mnie, że jesień to moja najpiękniejsza pora roku.
Taka do zapatrzenia ... w dal.


Nadal zatrzymuję pod powiekami kolorowe plamy. Chociaż strojna księżna jesień powoli kończy swój bal i odchodzi, szeleszcząc spłowiałymi sukniami.


Przed nami ciemne poranki, mgliste woale, srebrzyste poświaty.
Czekam na zimę.
Zakupiłam kapcie w norweskie wzory.


Zabieram do samochodu kubek z cytrynowo;miodową zawartością

Wspominam i szukam kolorów jesieni na talerzu,
w koszu pełnym dojrzałych jabłek, aromatycznych gruszek.
Na nowo zakochuję się w cynamonowo - imbirowych aromatach.
Jem na śniadanie owsiankę.
Piekę szarlotki z szarą renetą.
W spiżarni uśmiecha się do mnie nadęta dynia. Ja za to uśmiecham się do pomarańczowej miski. Nie ma bardziej optymistycznego dania niż dyniowa zupa. Z marchewką, czosnkiem i natką, albo z imbirem, chili i kokosowym mlekiem.

Prowadzę nocny tryb życia, co nie jest specjalnie trudne przy zmroku otulającym świat już o szesnastej.

Wieczorem za to odprawiam czary.
Drożdżowe.
Żadna inna pora roku nie pasuje tak do ciasta drożdżowego, jak późna jesień.
A drożdżowa chałka, pleciona z 6 wałeczków to coś zupełnie specjalnego.


Chałka waniliowa (mocno maślana)

4 żółtka
3-4 czubate łyżki cukru (w zależności od upodobań)
grudka świeżych drożdży (wielkości orzecha włoskiego)
1szklanka ciepłego mleka (250 ml)
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
200 g miękkiego masła
600-700 g mąki (mniej albo więcej, zależy ile się wrobi)

Drożdże rozkruszyć i rozetrzeć z łyżeczką cukru. Dodać 1/3 szklanki mleka, 2 łyżki mąki i dokładnie wymieszać. Odstawić, aż drożdże "ruszą". Żółtka ubić z pozostałym cukrem, dodać ekstrakt waniliowy, resztę ciepłego mleka i połowę mąki. Wlać zaczyn i wymieszać łyżką. Dodać resztę mąki, dokładnie wyrobić. Na końcu wrobić masło. W razie potrzeby dodać albo na etapie wyrabiania nie sypać całej mąki. Powinno powstać gładkie, dość zwarte ciasto. Wszak trzeba z niego utoczyć foremne wałeczki. I jeszcze je potem zapleść po wyrośnięciu.
Ja korzystałam z takiej plecionej podpowiedzi
Po wyrośnięciu i posmarowaniu białkiem chałka wygląda tak:


A po upieczeniu tak:


10 cze 2012

Z głową wśród chmur, czyli wspomnienia prawie spod samego nieba.

Co prawda minęły już całe dwa tygodnie.
Bo jakże mogło być inaczej.
Przecież od razu po powrocie wciągnął mnie wir codziennych zdarzeń.

Ale wspomnienia są ciągle bardzo żywe, kolorowe i naprawdę wspaniałe.
Dawno tak nie naładowałam akumulatorów.
Było wszystko to co lubię,
wiatr,
przestrzeń,
tańczące wokół oczu kosmyki,
ostre, czyste powietrze,
jęzor do pasa
i nogi w d.... ;)

Piękna pogoda, pozwalająca spędzić 12 godzin na szlaku.


Mnóstwo kwiatów, w tym w moim ulubionym kolorze.




Majestatyczne świerki i jaśniejące na ich tle modrzewie, pokryte świeżą szczecinką igieł.
Kosówka, która powoduje, że grzbiety górskie kojarzą mi się z krowimi ;), no bo wszędzie tylko łaty i łaty.

Dokoła wszechobecny szum wody, wody, która o tej porze roku płynie dosłownie wszędzie, wzdłuż szlaku i w poprzek, pośród łąki,
no chyba, że zawędrowaliśmy wyżej, to wtedy tylko nieruchoma biel śnieżnych łat.

No i skały, potężne monumentalne szczyty, żółtawe, srebrzyste lub czarne.
I przepiękne szmaragdowe tafle, aż nierealne tak daleko tam w górze uwięzione pośród surowych, poszarpanych strażników.

Szczyty, przed którymi mam wielki respekt i do których jakoś mi się bardzo nie spieszy.
Bacówki, łowiecki, serek, taki skrzypiący w zębach.


Dla jednych wędzony, dla innych biały (to ja:)))
Na koniec księżyc, żegnający po wyczerpującym dniu,
niedosyt i mnóstwo planów na następny rok.

*Czerwona kropka daleko w tle na pierwszym zdjęciu to ja, na Wołowcu.