24 gru 2010

W ten magiczny dzień...



Wszystkiego najlepszego kochani, 
dajcie się otulić magiczną atmosferą tych najpiękniejszych Świąt, 
niech będą takie jakich sobie przez cały rok życzyliście.
Dla jednych będzie to gwar, 
dla innych cisza i spokojny wieczór na kanapie, 
dla jeszcze innych szaleństwo na stoku. 
Życzę Wam abyście otoczeni ludzką życzliwością, 
naładowali baterie na kolejny rok.

23 gru 2010

Pracowite cztery noce ;)

To nie żarty.
Warsztat rozkładałam późnym wieczorem i zanim się spostrzegłam zawsze było bardzo późno.
Ostatnie dni to ciągłe niewyspanie.
Ale czego się nie robi...

Mam taką małą obsesję, staram się nie robić dwóch takich samych pierniczków.
Siedzę i kombinuję i wymyślam, paskudzę, poprawiam i się denerwuję - tylko czasami :)









14 gru 2010

Przylecieli anieli...


...czyli wprawki w lukrowaniu


i dwa świąteczne "łosie" ;)

8 gru 2010

Nowy mieszkaniec i początek piernikowego szaleństwa.

W moim domu zamieszkał ktoś nowy.
Ktoś do kogo długo wzdychałam, krążyłam, przyglądałam się. Zatrzymywałam się przy witrynach sklepowych i ociągałam z odejściem.
Wreszcie się spełniło jedno z moich marzeń.
Elegancki, gładki, piękny, zresztą zobaczcie sami.
Bo jakoś tak brak mi słów ;)


Szybko znalazł sobie miejsce na kuchennym blacie. Zadomowił się i ruszył do pracy.
Przy jego pomocy rozpoczęłam swoja tegoroczną akcję świąteczną.
Przez lata zebrało mi się kilka przepisów na piernikowe rozmaitości. Postanowiłam je wszystkie wypróbować i porównać.

Na początku angielski piernik na ciemnym piwie, bez miodu za to z dużą ilością gęstej, intensywnej melasy.
Zobaczcie, mój nowy przyjaciel już ubija jajka :)))


Ciemny i aromatyczny piernik na Guinnessie
 przepis cytuję za Dorotus z blogu Moje wypieki

Składniki: 

160 ml ciemnego piwa Guinness 
260 g mąki pszennej 
2 łyżki kakao 
1 i 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej 
2 i 1/4 łyżeczki imbiru 
1/4 łyżeczki białego pieprzu 
1 łyżeczka cynamonu 
2 duże jajka 
130 g cukru 
160 ml melasy 
180 ml oleju

Są to proporcje na jedną średnią keksówkę. Ja upiekłam ciasto z podwójnej porcji.
Połowę imbiru i pieprz zastąpiłam przyprawą piernikową. Tak wolę. Nadmiar imbiru w wypiekach mi nieco przeszkadza, o czym miałam się okazję przekonać w poprzednie święta.


Sposób wykonania:


Piwo Guinness zagotować, zdjąć z palnika.
W średniej wielkości misce wymieszać mąkę, kakao, sodę, imbir, pieprz i cynamon.
W większej misce ubić jajka (w całości, bez rozdzielania na białka i żółtka), cukier, melasę, olej do gładkości (można mikserem - pewnie, że mikserem, szczególnie jeżeli to test :)))). Do większej miski wsypywać suche składniki ze średniej miski, na zmianę z piwem, miksując (tylko do połączenia się składników).
Formę kwadratową o boku 20 do 23 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać do niej ciasto (będzie dość rzadkie). Piec w temperaturze 175°C przez 50 - 60 minut do tzw. suchego patyczka. Wystudzić.


Ja jak widać poniżej włożyłam ciasto do dwóch keksówek. Jakoś przywiązana jestem do piernika właśnie w tej formie. Lubię te wulkany. Kiedy ciasto pęka, wtedy wiem, że świetnie wyrosło.



Nie jest to z pewnością piernik do jakiego przyzwyczaiło mnie dzieciństwo. Aromat piwa i melasy jest bardzo wyczuwalny. Jest bardzo wilgotny, ma błyszczące dziurki. Lekko szeleści przy przełamywaniu kawałka.
W sam raz do popołudniowej kawy.



11 lis 2010

Serdeczne podziękowania i rogaliki marcińskie

Dziękuje bardzo bardzo mocno za wszystkie urodzinowe wpisy. Zarówno od moich wirtualnych znajomych z blogosfery i z forum Mniammniam, jak i tych, których buzie znam osobiście :)

Było mi naprawdę miło, kiedy pojawiały się komentarze, tak ciepło i radośnie. Teraz, kiedy będę miała lenia albo jakis inny robal będzie mnie gryzł to sobie je otworzę, tak na poprawę nastroju.

Dzisiaj wpis, którego by nie było, gdyby... ale po kolei.

Od dwóch lat patrzyłam na zdjęcia pięknych i krągłych rogali z białym makiem. Patrzyłam i przez myśl mi nie przeszło, że kiedyś i ja będę składać, wałkować i zawijać.
Nie miałam dostępu do białego maku, poza tym nie znałam smaku tych rogalików. Przecież jak się czegoś nie zna to się za tym nie tęskni i nie wzdycha ;)
Wszystko się zmieniło za sprawą mojego forumowego dobrego duszka.
Według scenariusza, który zapewne dobrze znacie, przynajmniej niektórzy.
Bo w wirtualnym świecie mnóstwo jest dobrych duszków, które, robiąc niespodzianki, spełniają kulinarne marzenia, nawet, jak to było w moim przypadku, te nieuświadomione.
Pewnego pięknego dnia do mych drzwi zastukał listonosz i przyniósł paczkę, a w niej trzy, pokaźnych rozmiarów woreczki z makiem. Białym makiem.
Nie miałam wyjścia, trzeba się było z rogalami zmierzyć. Nie żałuję, wcale. Wręcz przeciwnie. Jestem już pewna, co zagości na moim stole dokładnie za rok.

Smak rogali marcińskich jest rewelacyjny, mariaż maku, orzechów, migdałów, aromatu pomarańczowej skórki jest trafiony w dziesiątkę. Połączenie z listkującym się drożdżowym ciastem wprost nie mogłoby być lepsze.
Strach pomyśleć, że mogłabym o tym wszystkim nie wiedzieć.
Dziękuję Ci Kazziu  :*



Rogale marcińskie:
przepis zaczerpnięty od Bajaderki z forum MniamMniam

ciasto:
1 szklanka ciepłego mleka,
1 łyżka suchych drożdży
1 jajko,
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii,
3 1/2 szklanki mąki,
3 łyżki cukru,
szczypta soli,
225 g miękkiego masła (z tego 2 łyżki użyjemy do ciasta)

nadzienie:
30 dag białego maku,
10 dag pasty migdałowej (marcepanu),
3/4 szklanki cukru pudru,
10 dag orzechów włoskich,
10 dag zblanszowanych migdałów,
1 łyżka kandyzowanej skórki pomarańczowej,
2-3 łyżki gęstej śmietany,
3 podłużne biszkopty, pokruszone

do posmarowania:
1 jajko rozkłócone z 2 łyżkami mleka

Suche drożdże wsypać do mleka, zostawić na kilka minut, aby się rozpuściły i dobrze wymieszać. Dodać jajko i wanilię i lekko wszystko pomieszać.
 Mąkę, cukier i sól wymieszać razem w dużej misce, dodać lekko miękkie masło (2 łyżki) i rozetrzeć palcami razem z mąką. Dodać rozczyn mieszając łyżką lub ręką, przełożyć ciasto na stolnicę i krótko wyrobić, tylko do momentu kiedy ciasto stanie się gładkie. Nie wyrabiać za długo - to ciasto powinno zostać lekko lepiące i chłodne.
Uformować je w prostokąt, ułożyć na oprószonej mąką blasze, przykryć folią i schłodzić w lodówce około 1 godziny.
Schłodzone ciasto przełożyć na stolnicę i rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x15 cm, tak aby krótsze strony stanowiły górę i dół. Masło rozsmarować równomiernie na cieście (zostawić 1/2 cm margines dookoła). Złożyć 1/3 ciasta od góry, następnie złożyć dolną część tak, aby przykryła to złożenie (tak jak składamy kartkę papieru). Dobrze skleić brzegi i delikatnie wywałkować w prostokąt 25x17 cm używając jak najmniejszej ilości mąki do podsypywania.
Złożyć tak jak poprzednio i schłodzić na blasze przez 45 minut. Powtórzyć proces 3 razy, chłodząc ciasto między wałkowaniami przez 30 minut.
Po zakończeniu procesu ciasto dobrze zawinąć i włożyć do lodówki na co najmniej 5 godzin, a najlepiej na całą noc.
Wyjąć z lodówki na około 20 minut przed planowanym robieniem.Wywałkować na prostokąt o wymiarach mniej więcej 65x34 cm i przeciąć wzdłuż długiego boku na 2 części. Każdy powstały w ten sposób pasek pokroić na 12 trójkątów.

Nadzienie:
Mak i orzechy sparzyć gorącą wodą, po 15 minutach odcedzić i dobrze odsączyć. Zmielić dwukrotnie w maszynce razem z migdałami.
Pastę migdałową (marcepan) rozetrzeć mikserem z cukrem pudrem, dodać zmielony mak z bakaliami, okruszki biszkoptowe i posiekaną skórkę pomarańczową. Dobrze wymieszać, dodać śmietanę - ale tylko tyle by uzyskać dość zwartą, ale plastyczną masę. Masa nie może być zbyt płynna, ani za twarda i właśnie świetnie reguluje się jej konsystencję dodając śmietanę stopniowo. Niekoniecznie trzeba zużyć całą ilość śmietany.

Rozsmarować nadzienie, zostawiając mały margines na wszystkich bokach trójkąta - zwijać w rogaliki zaczynając od podstawy. Ułożyć na wyłożonej pergaminem blasze, przykryć i zostawić do wyrośnięcia aż podwoją objętość, około 1 1/2 godziny.
Rozgrzać piekarnik do 180ºC, wyrośnięte rogale posmarować jajkiem, rozbełtanym z mlekiem i piec około 20 minut aż się ładnie zezłocą.
Wyjąć na drucianą siateczkę i jeszcze ciepłe polukrować. Można posypać posiekanymi migdałami.



Ze względu na bardzo orzechowe nadzienie dołączam się tym przepisem do orzechowego tygodnia Eli

7 lis 2010

Śmignął rok

Niepostrzeżenie jakoś.
Ani się obejrzałam.
Dwanaście miesięcy, całe 74 posty.

W tym czasie bywało różnie. Były miesiące kiedy się bardziej blogowo udzielałam, były miesiące kiedy niosła mnie rwąca rzeka codziennych spraw.
Jedno wiem na pewno, jest mi z tym blogiem dobrze.
Dobrze jest móc utrwalić tu swoje kulinarne szaleństwa, szczególnie kiedy luźne wizje zamieniają się w coś fajnego.
Umieszczam tutaj także całkiem zwykłe, codzienne przepisy, które niosą ze sobą wspomnienia, przywołują miłe chwile. Opisując, zatrzymuję je dla siebie i dla Was na dłużej.

Prowadzenie bloga wymaga dyscypliny. Nadal często łapię się na tym, że sypnęłam czegoś na "oko" zamiast zważyć i potrawa nie nadaje się na bloga. Czasem dla odmiany coś, co trzeba by sfotografować tak pięknie pachnie, że macham ręka i po prostu zabieram się do jedzenia.

Nie ukrywam, że cały czas się uczę. Podpatruję poczynania innych blogowiczów i sama też się staram ciągle zmieniać. Chciałabym robić coraz lepsze zdjęcia, precyzyjniej ujmować w słowa luźne myśli i idee.

Te blogowe urodziny są dla mnie ważne.
Z tej okazji upiekłam tort kajmakowy.
Pierwszy tort, który sobie "wykombinowałam" całkiem sama. Zainspirowana tym co zjadłam w kawiarni.
Tym razem upiekłam go z dedykacją dla wszystkich, którzy tu czasami zaglądają.

Zdmuchując świeczkę, pozwolę sobie na jedno życzenie.

Proszę Was, żebyście, jeśli tu bywacie i tylko czytacie, tym razem pozostawili po sobie ślad. Z banalnego powodu. Świadomość, że pisze się dla kogoś naprawdę dodaje skrzydeł i jest dodatkową motywacją do działania.



Tort kajmakowy
 
biszkopt orzechowy:
2 szklanki mielonych orzechów laskowych,lub orzechów i migdałów
1 łyżka mąki pszennej
3 łyżki skrobi kukurydzianej
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
5 dużych jajek
1/2 szkl białego cukru
1/2 szklanki cukru muscovado

do dekoracji:

śmietana kremówka 0,5 l
150 g mascarpone
1 puszka gotowej masy kajmakowej lub gotowanego 3 godz mleka skondensowanego

płatki migdałowe

kilka łyżeczek likieru amaretto.


Cukier biały zmiksować z ciemnym, rozbijając grudki. Ubić na sztywno pianę z białek. Dodać cukier i ubijać dalej. Dodać po jednym żółtku dalej ubijając. Mielone orzechy wymieszać w misce z mąką, proszkiem do pieczenia i skrobią kukurydzianą. Połączyć z jajkami i mieszać na najniższych obrotach miksera (albo łyżką)
Przełożyć do tortownicy (ok. 20-24 cm).
Piec w temp 180 st. ok. 45 min.
Mój sposób na właściwy czas pieczenia biszkoptu to poczekać, aż przestanie całkowicie rosnąć i nawet lekko zmarszczy się na środku. Wtedy wiem, że jest na pewno upieczony.

Po ostygnięciu (ja staram się to robić następnego dnia) przekroić na pół, albo na więcej krążków, w zależności od średnicy tortownicy. Ja tym razem upiekłam bardzo wysoki biszkopt w małej tortownicy (18 cm) z podwyższonymi bokami.

Ubić śmietanę kremówkę i połączyć z mascarpone. Spód nasączyć delikatnie amaretto rozcieńczonym wodą, posmarować masą kajmakową. Na to rozsmarować warstwę bitej śmietany.
Przykryć kolejnym krążkiem, również nasączyć. Znów posmarować masa kajmakową. Postępować tak do wyczerpania krążków. Całość posmarować bitą śmietaną na wierzchu i po bokach.
Wierzch ozdobić kajmakiem, a boki obsypać płatkami migdałowymi. Można je wcześniej uprażyć. Ja tym razem miałam nastrój na białe :)


Częstujcie się proszę i ...
do następnego wpisu :)

31 paź 2010

Kolacja z ... dyniową tartą


Piękny jest tegoroczny koniec października. Słońce łaskawie pieści nasze policzki. Niektóre drzewa nadal się złocą, połyskują pomarańczem i rdzą.
Za to pod nogami coraz grubsza szeleszcząca powłoka. Tylko zbierać i robić bukiety. Niezawodne są jak zwykle stare parkowe klony. Soczystość kolorów wprost powalająca.


Całkiem tak jak w domu, gdzie "pod topór" poszedł kolejny kawałek dyni.
Posłużył do stworzenia aromatycznej i pachnącej tarty. W sam raz na wieczór po intensywnym dniu na świeżym powietrzu.

Tarta z dynią na kruchym cieście


Ciasto:
300 g mąki pszennej
150 g masła
2 żółtka
3 łyżki śmietanki kremowej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia (opcjonalnie)
sól

Mąkę wsypać do miski, masło zetrzeć na tarce, stopniowo przesypując mąką. Dokładnie rozrobić z mąką, powstaną małe grudki. Wsypać proszek do pieczenia, sól do smaku i wymieszać. Zrobić dołek, w nim wymieszać dwa żółtka ze śmietaną, wyrobić szybko jednolite ciasto. Wylepić nim formę do tarty i wstawić do lodówki.

Farsz:
1 kg surowej dyni
3 szalotki
1 dojrzały pomidor
6 suszonych pomidorów z oliwy
3 ząbki czosnku
3 łyżki oliwy z oliwek
opakowanie sera halloumi
sól
pieprz
oregano

Dynię obrać, usunąć miękką wacianą część, pokroić w dość dużą kostkę. Rozgnieciony nożem czosnek wymieszać w misce z oliwą, dodać dynię, sól, pieprz, wymieszać i odstawić. Suszone pomidory pokroić w paski. Wymieszać z dynią. Szalotki i pomidora pokroić w księżyce. Na wyjętym z lodówki blacie z ciasta ułożyć dynię, poprzetykać kawałkami szalotki i pomidora. Posypać całość oregano.Tartę wstawić do piekarnika i piec w temp. 210 stopni do zrumienienia szalotek i ciasta. Pokrojony w plasterki halloumi ułożyć na wierzchu tarty i zapiekać jeszcze chwile do zrumienienia sera.


Powstrzymać się od zjedzenia zbyt dużo na raz, co nie jest takie łatwe.


Jeszcze zdążyłam :)

29 paź 2010

Dyniowo - drożdżowo - pomarańczowo


Nie mogłabym tego przegapić.
Po pierwsze dlatego, że dynia jako warzywo/owoc mnie fascynuje. Kiedyś kojarzyła mi się głównie z pestkami suszonymi na kaloryferze przez mojego dziadka. Mimo, że była tak blisko, nigdy jej nie jadłam.
Niedawno to się zmieniło. W zeszłym roku kupiłam pierwszą dynię przeznaczoną do jedzenia. Efekty moich smakowych poszukiwań możecie zobaczyć tutaj. W tym roku za to już tęskniłam do niej i wypatrywałam straganów pełnych pomarańczowych kulistości.
Możliwości jakie daje dynia są ogromne. Kilka połączeń już wypróbowałam ale wiele jeszcze przede mną

Drugi i o wiele ważniejszy powód mojego uczestnictwa w festiwalu jest taki, że inicjatorką całej zabawy jest Bea.
Bea, która była dla mnie inspiracją do założenia bloga.
Bea, która kibicowała mi od początku i robi to nadal, za co jej bardzo dziękuję.
Bea, dzięki której wciąż i wciąż dowiaduję się tylu fascynujących rzeczy o świecie kuchni. Na przykład tego, że jesienią warto odważyć się i kupić dynię, i to niejedną.
Bea, której nadal zazdroszczę różowej tkaniny w drobne kwiatki ;)))

W środę zrobiłam puree z pieczonej dyni. Pachniał cały dom. Wczoraj, na prośbę córki upiekłam "ciasto dyniowe mamo". Też pachniało, szkoda, że nie możecie tego poczuć.


Ciasto drożdżowe z dynią piekła również moja babcia. Nie wiem czy takie samo ale pamiętam, że zawsze jesienią jej ciasto drożdżowe stawało się bardziej słoneczne.


Dla mnie była to doskonała okazja do przetestowania nowej formy.
Tak powstała baba.


Drożdżówka z puree dyniowym

zaczyn:
20g świeżych drożdży
łyżeczka cukru
2 łyżki mąki
80 ml mleka

składniki zaczynu wymieszać i odstawić do podwojenia objętości

ciasto:
zaczyn
200 ml ciepłego mleka
365 g puree dyniowego
3 żółtka
3/4 szklanki cukru
200 g stopionego masła
800 g mąki (bułeczkowa 550)
kilka kropli olejku pomarańczowego

W misce wymieszać mleko z żółtkami, zaczynem, puree dyniowym. W drugiej misce wymieszać mąkę z cukrem. Zrobić wgłębienie, wlać mieszaninę i wyrobić gładkie ciasto. Dodawać partiami stopione masło (to jest też czas na dodanie olejku pomarańczowego) i wyrabiać, aż ciasto będzie gładkie i lśniące. Pozostawić do wyrośnięcia na około godzinę (do podwojenia objętości). Wyłożyć na stolnicę, złożyć kilka razy. Podzielić na dwie części i włożyć do posmarowanych masłem foremek (u mnie to była forma z kominkiem i keksówka). Pozwolić ciastu na ponowne wyrośnięcie. Posmarować wierzch rozkłóconym białkiem i piec w temp 180 stopni do ładnego zrumienienia.

27 paź 2010

Sernikowy eksperyment - rozpływam się w zachwycie :)


Dni mijają niepostrzeżenie. Tym bardziej, że są coraz krótsze.
Szybko zapadający zmierzch wprowadza mnie w stan niechcenia. Im dłużej w nim trwam, tym trudniej mi się wyrwać. Niechcenie się zadomawia, rozsiada na kanapie z kubkiem herbaty. Potrzeba mi wtedy bodźca, jakiegoś impulsu, popychającego do działania.
Z entuzjazmem powitałam więc perspektywę podejmowania gości. Bo jak goście to i kuchenne szaleństwo. Bo jak goście to i ciasto, w dodatku nie byle jakie.

Serniki to dla mnie ciasta specjalne. Takie z górnej półki. Eleganckie.
Mam zawsze lekką tremę, kiedy myślę o pieczeniu sernika.
Nie, to wcale nie znaczy, że nigdy go nie piekłam, i to z sukcesem. Co to, to nie. Tylko, że zawsze, ale to zawsze piekłam go w sposób tradycyjny, w temp 180 stopni. W efekcie otrzymywałam zrumienione pięknie ciasto z wyższymi brzegami i opadniętym środkiem (bo przecież sernik zawsze opada). Chciałam czegoś innego. Sernika, kremowego, wilgotnego, równego jak stół. Bez rumieńców, kraterów i rozpadlin.

Postanowiłam zatem poeksperymentować. Przewertowałam bogatą w serniki stronę Kwestia Smaku. Zauroczył mnie sernik z malowniczymi esami floresami na wierzchu.
Zgromadziłam wszystkie składniki i ... do dzieła.


Sernik z musem owocowym na czekoladowym spodzie 
przepis wiernie podaję za Kwestią Smaku bo jest perfekcyjny


Czekoladowy spód Brownie:
65 g ciemnej czekolady
65 g miękkiego masła
50 g drobnego cukru
1 jajko
40 g mąki

Masa serowa:
500 g twarogu sernikowego Piątnica
500 g sera mascarpone 
3 łyżki mąki ziemniaczanej (lub pszennej)
1 i 1/2 szklanki cukru
5 jajek
80 ml (1/3 szklanki) śmietanki kremówki 36% lub 30%
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

Mus malinowy:
150 g malin + 2 łyżki cukru lub, poza sezonem na świeże maliny - około 15 łyżeczek konfitury malinowej)
Ja użyłam mieszanki mrożonych owoców Hortexu

Przygotowanie: 

Mus malinowy: 
Maliny dokładnie zmiksować, następnie przetrzeć dokładnie przez sitko. Uzyskany mus wymieszać z cukrem.
Ja rozmroziłam owoce, zagotowałam z cukrem, odlałam nadmiar soku, a gęste owoce przetarłam.
Przygotować i odmierzyć składniki na czekoladowy spód oraz na masę serową. Zagotować wodę, w której piekł się będzie sernik.
Przygotować tortownicę: dokładnie owinąć dno i boki kilkoma warstwami folii aluminiowej, zabezpieczając sernik przed dostaniem się wody do środka.  

Czekoladowy spód Brownie: 
Piekarnik nagrzać do 175 stopni. Czekoladę połamać na kostki, roztopić, ostudzić (ma być lekko ciepła). Masło ucierać z cukrem aż będzie puszyste (około 7 minut). W innej miseczce ubić na pianę jajko. 

Połączyć wszystkie składniki, delikatnie mieszając (szpatułką lub łyżką): najpierw utarte masło z ostudzoną czekoladą, następnie z przesianą mąką, a na koniec z ubitym jajkiem. Gładką masę przełożyć do formy, wyrównać powierzchnię i wstawić do piekarnika. Piec przez 6 minut (na wierzchu ma pojawić się skorupka), wyjąć z piekarnika. Ja piekłam nieco dłużej, żeby uzyskać tę skorupkę.
W międzyczasie zacząć przygotowywać masę serową. 

Masa serowa: 
Do miski włożyć ser twarogowy razem z serem mascarpone i mąką. Ucierać mikserem przez około 2 - 3 minuty na małych obrotach, aż masa będzie gładka. Stopniowo dodawać cukier cały czas miksując na małych obrotach miksera (starając się nie napowietrzać masy). Wbijać kolejno jajka miksując wolno przez około 15 - 30 sekund po każdym dodanym jajku. Na koniec zmiksować ze śmietanką i ekstraktem z wanilii. Ja dodałam ziarenka z całej laski wanilii do cukru przed miksowaniem.

Masę wylać (na początku wyłożyć łyżką) na podpieczony czekoladowy spód. Na wierzch wykładać po łyżeczce mus malinowy starając się rozprowadzić go, tzn. "kłaść" na powierzchni, a nie zanurzać go w masie serowej. Cieniutkim patyczkiem lub najlepiej wykałaczką zrobić kilkanaście ósemek w masie serowej, rozprowadzając mus malinowy po powierzchni i tworząc fantazyjne wzorki. 
Tortownicę z sernikiem wstawić do większej formy do pieczenia, w którą wlać wrzącą wodę. Tortownica ma być zanurzona do połowy w wodzie. Całość wstawić do piekarnika i piec przez 15 minut w 175 stopniach. Następnie zmniejszyć temperaturę do 120 stopni i piec jeszcze przez 90 minut. 
Sernik należy studzić stopniowo: przez pierwsze 15 minut po wyłączeniu piekarnika pozostawić w zamkniętym piekarniku, przez następne 15 minut stopniowo uchylać drzwiczki. Po tym czasie wyjąć i całkowicie ostudzić, następnie zdjąć obręcz z tortownicy i wstawić sernik do lodówki (bez przykrycia) na minimum 8 godzin. Przyznam, że nie spełniłam tych warunków bo goście przychodzili przed upływem ośmiu godzin. Nie wpłynęło to jakoś drastycznie na smak. Sernik jest przepyszny.

    Muszę to napisać. Przepisy Asi są doskonałe. Dopracowane w każdym calu, prowadzą za rękę od samego początku do samego finału. Dają pewność, że wszystko na co się porwiemy, z pewnością nam wyjdzie.


    Tym razem wyszedł doskonały, naprawdę przepyszny, kremowy sernik. Z intensywnie czekoladowym spodem i przyjemnie kwaskowym, orzeźwiającym wierzchem.
    Zachwycił wszystkich gości i zniknął. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

      16 paź 2010

      Dzień jak co dzień, a jednak inny :)

      World Bread Day 2010 (submission date October 16)

      Zastanawiałam się długo, co wybrać do upieczenia w tym dniu. Myślałam sobie, że pewnie na blogach zaroi się od różnych przepięknych, dopracowanych wypieków.
      Też miałam pokusę, by było to coś innego, ciekawego, oryginalnego.
      Potem zmieniłam zdanie. Bo dotarło do mnie, o co chodzi w tym dniu.
      Dla mnie ważne jest przede wszystkim to, żeby poczuć radość. Jest coś niesamowitego w fakcie, że w tym samym momencie, w wielu miejscach na świecie ludzie czerpią radość z obcowania z chlebem. We wszystkich fazach jego powstawania. Z tego, że mieszają, ugniatają, formują (albo i nie) pieką, aby poczuć ten cudowny i niepowtarzalny zapach. Dają się otulić tym ciepłem, jakie daje zamiana domu w amatorską piekarnię.
      Po prostu.
      Myślałam, że po prostu urwę kawałek świeżego, najzwyklejszego, pszennego bochenka i poczuję to razem z Wami.


      Udało się, po części dzięki temu, że akurat dzisiaj kończyłam wielkie poremontowe sprzątanie. Takie dokładne, dogłębne, uwieńczone bólem mięśni :)
      Nie było czasu na gotowanie. Na pieczenie za to czas dziś musiał się znaleźć. Jedliśmy na obiad świeży, lekko ciepły chleb z masłem i czym tam kto chciał.
      Po prostu :)



      Chleb remontowy
      pszenny (typ 650) na żytnim zakwasie

      Zaczyn:

      3 łyżki żytniego zakwasu
      100 g mąki pszennej
      100g wody

      Składniki zaczynu wymieszać łyżką i odstawić do przefermentowania na 12 - 16 godz.

      Ciasto właściwe:

      cały zaczyn
      1 kg mąki pszennej
      600 - 650 g wody
      18 - 20 g soli
      kulka drożdży wielkości orzecha laskowego



      Wszystkie składniki połączyć w misce i wyrobić gładkie sprężyste ciasto. Pozostawić do wyrośnięcia. U mnie spędziło noc na balkonie. Wyrośnięte ciasto (w przypadku nocnego rośnięcia w chłodzie najpierw ciasto należy ogrzać) podzielić na pół i uformować dwa owalne bochenki. Odstawić do wyrośnięcia na blasze albo w koszyczkach.
      Piekarnik rozgrzać do temp. 240 st. Spryskać ścianki wodą i wstawić chleb. Piec ok 15 min w temp. 240, a później obniżyć temp do 220 st i dopiekać do zrumienienia, u mnie trwało to jeszcze ok 30 min.

      11 paź 2010

      Krągłość i rumianość. Zupa na rozgrzewkę.

      Spoglądają na mnie codziennie.
      Mało tego, mam wrażenie, jakby się uśmiechały. Ja odwzajemniam się tym samym.
      Piętrzą się na straganach po obu stronach mojej drogi praca-dom.
      Okrągłe pękate, ogorzałe. Rumiane, a jakże.
      Takie zadowolone z siebie. Wyglądają trochę jak małe słońca.
      Wciąż szaleńczo kolorowe i energetyczne na tle coraz bardziej wypłowiałego krajobrazu.
      Od rudości, przez głęboki pomarańcz, żółć, ciemną zieleń, aż po delikatny seledyn.
      Gładkie, żebrowane, większe, mniejsze, grubsze, chudsze. W piegi i bez piegów.


      Mam w domu taką jedną.
      Leżała cierpliwie i czekała, aż będzie potrzebna. Aż wypełni zadanie pocieszacza, rozgrzewacza i poprawiacza nastroju.
      Jej czas nadszedł wczoraj.
      Siąkając nosem, w towarzystwie chusteczek i drapiącego gardła, zrobiłam dyniową zupę na rozgrzewkę.

      Pikantna zupa dyniowo - marchewkowa.


       ok. 250g dyni
      3 duże marchewki
      3 szalotki
      3 ząbki czosnku
      3 łyżki masła

      1/2 litra wody

      1/2 łyżeczki imbiru
      1/2 łyżeczki słodkiej papryki w proszku
      szczypta gałki muszkatołowej
      szczypta ostrej papryki
      2 szczypty pieprzu
      sól do smaku

      1 łyżeczka soku z cytryny

      kwaśna śmietana do dekoracji

      ewentualnie grzanki


      Na patelni usmażyć na pierwszej łyżce masła pokrojoną w kostkę dynię, przełożyć do garnka z wrzącą wodą. Na drugiej łyżce masła lekko zrumienić marchew w plasterkach, również przełożyć do garnka.Na ostatniej łyżce masła podsmażyć posiekaną szalotkę i czosnek. Wszystko razem gotować, aż warzywa zmiękną. Doprawić imbirem, papryką słodką i ostrą, gałką muszkatołową i solą, na końcu dolać sok z cytryny. Całość zmiksować i przed podaniem dosmaczyć świeżo zmielonym pieprzem.
      Można podawać z lekko czosnkowymi grzankami, zrumienionymi na patelni po smażeniu szalotek i czosnku.

      Miło rozgrzewa. Bardzo dobrze działa nie tylko na nastrój w czasie przeziębienia. Uwierzcie mi.


      Coraz bardziej lubię dynie jesienną porą. Kiedyś kojarzyły mi się głównie z suszonymi przez dziadka pestkami, pogryzanymi zimową porą. Teraz odkrywają przede mną cały wachlarz zalet.
      Bardzo lubię ich świeży zapach, kocham je za kolor i możliwości jakie dają.
      Jak to dobrze, że sezon na dynie trwa tak długo. Jeszcze zdążę sobie poszaleć.

      23 wrz 2010

      Dorsz pod chrupiącą kołderką.


      Zauważyłam, że za mało u mnie ryb. Chociaż bardzo je lubię. Kiedy jestem w restauracji zazwyczaj się kończy na jakiejś rybie, ostatnio był to diabeł morski, i raczej nie żałuję wyboru. W domu jakoś zapominam o rybach jako obiadowej możliwości. Może to dlatego, że do sklepu z naprawdę świeżymi rybami nie mam  jakoś bardzo blisko. Może po prostu trzeba wypracować nowe przyzwyczajenie i wtedy częściej sięgnę po to co pływa.

      Bywa, że mnie nagle olśni, kiedy dzwoni M. i pyta "Jestem na bazarku, coś jeszcze byś chciała?"
      Tym razem usłyszał "Tak świeżego dorsza, jeżeli są duże".
      Były, dorodne, duże płaty.
      Nie chciałam ich tak po prostu usmażyć. Poza tym wolę zdecydowanie wersję -wszystko na raz do piekarnika, od wersji -stanie nad patelnią.
      Poszperałam w książkach, w poszukiwaniu czegoś prostego.

      Odkurzyłam dawno nie używaną "Dania z ryb i owoców morza". Kiedyś uwielbiałam ją przeglądać, tak po prostu. Jest tam obszerny rozdział na temat wstępnego przygotowywania ryb i wszelkich morskich żyjątek. Nie mówiąc o wielu ciekawych przepisach pogrupowanych według sposobu obróbki na gotowane, smażone, grillowane, pieczone. Poszperałam w tej ostatniej kategorii i znalazłam prosty przepis na rybę w czosnkowej panierce.



      Dorsz w chrupiącej, czosnkowej panierce

      na 4 osoby

      ok 1 kg dorsza - ja lubię takie duże płaty, grube, z pięknie dzielącym się białym mięsem.
      1,5 szklanki pokruszonego na drobno białego pieczywa
      2-3 ząbki czosnku
      2 łyżki drobno posiekanej pietruszki
      1/4 - 1/3 szklanki stopionego masła


      Rybę umyć, osuszyć, pokroić na porcje i posolić.
      Ułożyć na blasze do pieczenia. Lekko posypać pieprzem.
      Chlebowe okruszki wymieszać z pietruszką i nałożyć na każdą porcję ryby.
      Czosnek przecisnąć przez praskę i wymieszać ze stopionym masłem. Polać każdy kawałek ryby uzyskana mieszaniną. Piec w temp 180 st aż wierzch każdej ryby pięknie się zrumieni.
      Podawać koniecznie z cząstkami cytryny.


      Co prawda zapach morskich ryb jest niesamowicie intensywny i potem długo nie daje o sobie zapomnieć, ale i tak było warto. Duże dorsze mają cudowne, bielusieńkie mięso, soczyste, jeśli się je krótko piecze. Chrupiąca, czosnkowa skorupka na wierzchu dopełniła dzieła.
      Świetny, nieskomplikowany przepis do którego będę wracać.