25 gru 2011

W wigilijny wieczór...

Za oknami buro, mokro.
W domu świetliście i ... tak jak zawsze, co roku.
Kojąca powtarzalność rytuałów, zapachów, ciepłych spojrzeń.
Niesłabnący dziecięcy entuzjazm, kiedyś mój i mojego brata, teraz moich dzieci.
Wspomnienia, te najstarsze i te najmłodsze.

Życzę wszystkim tu zaglądającym zatrzymania się na chwilę na tym świątecznym przystanku w podróży codziennego życia, "złapania oddechu", odnalezienia w sobie dziecięcych emocji.
Zamiast śniegu trochę lukrowanej bieli.

5 gru 2011

Początek grudnia, podsumowanie... jesieni :)

No właśnie.
Ostatnio jakoś mnie nie ma.
W moim ostatnim poście... jeszcze zielono.
Jak ten czas szybko zmienia dekoracje...
Przecież całkiem niedawno była piękna jesień. Nasycona kolorami, szeleszcząca liśćmi, bezdeszczowa, słoneczna, ciesząca oko wszystkimi odcieniami beżu, brązu i żółci, z domieszką cegły i purpury.
Powoli w tę energetyczną paletę wmieszało się coraz więcej stonowanych szarości, srebra, bieli, sinych mgielnych woali.

Ja jeszcze kończę utylizować zapasy dyni z balkonu, w tym roku wyjątkowo obfite i różnorodne. Były i niepowtarzalne, eksperymentalne zupy i ciasta, pomarańczowe jak moja ulubiona Hokkaido. Było dyniowo - krewetkowe curry, były improwizowane makarony.


Tymczasem nagle zastał mnie grudzień, sama nie wiem jak to się mogło stać. 
Uświadomiłam sobie właśnie, że już tylko, to prawda, to już zaledwie trzy tygodnie do świąt.
Faktycznie w kuchni coraz częściej sięgam po orzechy i suszone owoce.
W szufladach niepostrzeżenie pojawiły się zapasy cynamonu i innych piernikowych przypraw.
Kuszą mnie już znowu zapachy pomarańczowej i cytrynowej skórki.
Przecież to już czas najwyższy żeby zapełniać puszki, dotąd spokojnie zalegające w spiżarni.

Gotuję dużo i prawie ciągle coś nowego.
Najczęściej bez wagi i innych miar, metodą na dosyp i dolej, pomieszaj, sprawdź, spróbuj i ewentualnie coś dopraw, popraw.
Rzadko mam okazję zrobić jakieś zdjęcia, bo i czasu mało i światło opuszcza nas jakoś zbyt wcześnie.
Wyjątkiem są weekendy, czasami uda się coś uwiecznić, zanim zniknie w otchłani... ;)

Zanim więc oddam się korzenno - lukrowemu szaleństwu jeszcze całkiem zwyczajnie, jesiennie - ziemniaki. Nie z ogniska, tylko z piekarnika ale zapach przypieczonej skórki przywołał najlepsze wspomnienia dzieciństwa.


Jako dodatek (właściwie to danie główne, ale dla mnie ziemniaki zawładnęły tym obiadem) kurczak pieczony z warzywami.


Przepisy na oba dania jutro, bo zamknięte oczy to nie jest najlepszy partner do pisania :)