29 lis 2009

Weekendowa piekarnia #53 - brioche na semolinie

Dziś rano wyjęłam z pieca rumiane, pachnące wanilią bułeczki. Specjalnie żeby je upiec pierwszy raz zakupiłam prawdziwą włoską semolinę. Piękna jest, taka słonecznie żółta. W dotyku sypka, pod palcami bardziej "piaszczysta" niż zwykła mąka. Wiedziałam, że ciasto drożdżowe na niej będzie też zupełnie inne.
Zabrałam się do wyrabiania już wczoraj wieczorem, bo w planach miałam nocne wyrastanie w lodówce. Pierwszym zaskoczeniem było to, że ciasto w ogóle się nie kleiło do rąk. Było jednak o wiele bardziej "kruche" o ile takim mianem można określić drożdżowe ciasto. Mocno wyrosło, mimo, że z podanych proporcji wyszło dość zwarte. Uformowałam 16 małych kulek z ciasta, naciągając i składając ciasto wielokrotnie do środka. Rosło sobie przez noc spokojnie, rano ogrzałam, pozwoliłam jeszcze trochę podrosnąć i upiekłam. Bułeczki wyszły dość zwarte, z małymi równymi dziurkami. Doskonałe świeże, wieczorem to już nie było to samo. Taki jest jednak los większości drożdżówek.



Brioche  na semolinie
Przepis pochodzi z blogu Soso
moje zmiany dodałam w nawiasach
  • 600 g  mąki z pszenicy twardej durum czyli w Polsce będzie to miałka semolina
  • ciut soli (nie dodałam)
  • 60 g cukru (ja dałam 75 g)
  • 250 g mleka
  • wanilia,np extrat (dałam ziarenka z jednej laski, mleko też z nią podgrzewałam)
  • 80 g margaryny (ja użyłam masla)
  • 1 jajko
  • 20 g swiezych drozdzy
  • cukier gruby do posypania (nie miałam, użyłam trzcinowego)

Wyrobic ciasto az bedzie gladkie i elastyczne (nie mam maszynki więc zrobiłam toręcznie). Zostawić do wyrosniecia przez mniej wiecej godzine (u mnie rosło dwie). Ciasto musi powiekszyc objętośc. Odgazować, podzielić na 8 czesci (u mnie to było 16) i zrobić kulki, Ułożyć je w tortownicy wysmarowanej masłem. Zostawić do wyrośnięcia (u mnie na całą noc w lodówce), posmarować mlekiem i posypać grubym cukrem (ja posmarowałam żółtkiem i posypałam demerarą). Piec 45 minut, wkladajac do zimnego piekarnika albo do nagrzanego na 180° wtedy piec mniej wiecej 25 mn. Ja włożyłam do zimnego piekarnika.

Polecam z masłem i dżemem, choć moja córka jadła owszem z masłem ale i z szynką :)))

Kurczak w sosie cytrynowo - bazyliowym

Kiedyś, kiedyś, dawno temu jadłam w pewnej knajpce pewnego kurczaka. Był pyszny. Właściwie najpyszniejszy był sam sos do niego. Moje zmysły wytropiły tam nutę cytrynową, z bazylią było łatwiej, dała się zauważyć gołym okiem. Tyle udało mi się zapamiętać. Wyszłam z mocnym postanowieniem, że odtworzę ten smak.
Dzisiaj stanęłam przy kuchni, uruchomiłam wyobraźnię i się zaczęło :)))

 Kurczak w sosie cytrynowym z bazylią



Składniki do przygotowania mięsa:

1 podwójna pierś z kurczaka
1/2 cytryny
sól
pieprz
1/2 szklanki mleka
2 łyżki oleju do smażenia

Składniki sosu:

łyżka masła
sok z 2 cytryn
skórka otarta z 1 cytryny
300 ml śmietanki słodkiej 30 lub 36%
1/2 łyżeczki cukru
1 łyżka utartego parmezanu
2 łyżki posiekanej świeżej bazylii
sól
pieprz

Każda połówkę piersi przekroić wzdłuż, tak, żeby otrzymać po dwa cieńsze kotlety (w sumie cztery). Każdy kotlet rozbić delikatnie ręką, posolić, posypać pieprzem, skropić sokiem z cytryny. Ułożyć w misce, polewając mlekiem, odstawić na ok. 1/2 godziny. W tym czasie na patelni roztopić masło, dodać skórkę z cytryny, sok z cytryny, cukier, chwilę poddusić. Zalać śmietanką i pogotować, aż sos zgęstnieje (według indywidualnych potrzeb :)). Doprawić łyżką parmezanu, solą i pieprzem. Zestawić z palnika i dodać do gorącego posiekaną bazylię, wymieszać.
Kurczaka wyjąć z marynaty, osuszyć papierowym ręcznikiem. Smażyć na rozgrzanym oleju z obu stron, aż do zrumienienia, ale nie za długo. Ma być w środku ścięty ale soczysty.

Moim zdaniem najlepiej mu w parze z makaronem :)))

Dodam tylko, że udało się. Odtworzyłam to co sobie zapamiętałam. Cudowny, cytrynowy sos i kruche soczyste mięso. Polecam gorąco takie połączenie.

Zdjęcia, ech... kiepskie, jak zwykle kiedy na plecach czuję oddech czekającej na obiad rodziny ;)))


Przyłączyłam się tym przepisem do Cytrusowego weekendu, organizowanego przez Tatter.

Weekendowa piekarnia #53 - chleb na zakwasie z płatkami owsianymi

Kibicowałam weekendowej piekarni już od dawna. Idea wspólnego pieczenia bardzo do mnie przemawia. Kiedy odważyłam się wreszcie założyć bloga, wiedziałam, że nadszedł też czas na spróbowanie swoich sił wśród weekendowych piekarzy. Poza tym miałam kolejny pretekst żeby zamieszać, powyrabiać i wreszcie też skosztować ;)
Pierwszy raz wzięłam udział w tej cyklicznej blogowej akcji.
Mam też nadzieję, że nie ostatni :) bo mi się spodobało.
Tym razem gospodynią była -Zapbook z Chez Zapbook. Z jej trzech propozycji ja wybrałam dla siebie dwie.
Najpierw na sobotnie śniadanie zrobiłam Chleb na zakwasie z płatkami owsianymi


Chleb na zakwasie z płatkami owsianymi
Przepis pochodzi z blogu Jane.
moje zmiany w nawiasach

• 300 g mleka
• 150 g wody
• 200 g zakwasu (mój był żytni, bo tylko taki na razie posiadam :)
• 600 g mąki T 80, ale może być np. pół na pól T 65 i T 55 albo tylko 65 (ja dałam 550 i pełnoziarnistą Lubelli )
• 50 g mąki żytniej jasnej (ja dałam 720)
• 100 g płatków owsianych
• 15 g soli
• 3 łyżki cukru, albo miodu ,albo melasy ..(dałam 2 łyżeczki miodu).

Włożyć wszystkie składniki do maszynki i niech ona sobie miesza, a jak nie to wyrobić ręcznie (u mnie to zdecydowanie było ręcznie z braku maszyny). Ciasto musi być gładkie i nie klejące. Zostawić do wyrośnięcia kolo 4 godzin. (u mnie rosło 5 godzin). Odgazować, uformować chlebek, obtoczyć w mące i niech on sobie rośnie w koszyczku, znowu jakieś 4 godzinki (mój rósł przez noc na balkonie). Nagrzać piekarnik do 210°, naciąć chleb ,naparować i piec kolo 40 minut. Można tez go spryskać woda i posypać płatkami owsianymi.

Chleb okazał się hitem. Wiedziałam, że będzie dobrze już wtedy, kiedy uchyliłam na chwilę drzwi piekarnika i pięknie zapachniało miodem. Pięknie się zrumienił, nacięcia się wypełniły. Smak ma lekko słodkawy (pewnie od miodu, którego dałam uważam w sam raz), miąższ dość zwarty z nieregularnymi dziurami.
Mój został pokrojony bardzo szybko, kiedy tylko wystudziłam go na tyle, że dał się kroić.
Na pewno do niego wrócę.


Na koniec kanapka mojego męża, która na tyle mi się spodobała, że postanowiłam ją uwiecznić :)))

25 lis 2009

Pardulas - ciasteczka z miodem



Kiedyś, dawno temu znalazłam w Atlasie Kulinarnym Świata przepis na małe ciasteczka, które jakoś mnie zaintrygowały. Są jednocześnie i ciekawe i niezbyt skomplikowane w przygotowaniu.
Pochodzą z Włoch, a ich cechą wyróżniającą jest sposób formowania - nadzienie nakłada się do miseczek z ciasta, z "przyszczypanym" brzegiem, luzem kładzionych na blasze, nie ograniczonych żadną foremką. Poczytałam i dowiedziałam się, że pardulas to nazwa zbiorcza wypieków o takiej formie. Nadzienie się zmienia.
Długo zwlekałam z ich wypróbowaniem ale wreszcie są. Takie małe, płaskie babeczki. Trochę jak mini serniczki, trochę jak tarteletki.


Pardulas
przepis z Kulinarnego Atlasu Świata
proporcje na 8-9 ciasteczek


Ciasto:
12 dag mąki
szczypta soli
1 czubata łyżka zimnego masła
1 łyżeczka płynnego miodu
4 łyżki wody


Nadzienie:
15 dag ricotty
2,5 łyżki cukru
2 żółtka
skórka z 1/2 cytryny i 1/2 pomarańczy
1 łyżka rodzynek
2 białka

miód do polania ciasteczek






Do mąki w misce dodałam sól. Połączyłam mąkę z masłem startym na tarce o drobnych oczkach. Wlałam miód i wodę, zagniotłam gładkie ciasto. Wstawiłam przykryte na 30 minut do lodówki. Po tym czasie schłodzone ciasto rozwałkowałam, wycięłam kółka o średnicy 10 cm. Ułożyłam na blasze przykrytej papierem do pieczenia. Brzegi kółek "przyszczypałam" w ośmiu miejscach, tworząc brzeg o wysokości ok. 1 cm. Tak powstałe miseczki włożyłam na 15 minut do lodówki.
Ricottę utarłam w misce z cukrem i żółtkami, dodałam skórkę z cytrusów i rodzynki oraz ubitą na sztywno pianę z białek. Napełniłam ciastka. Przepis podaje, żeby piec w temp. 180°C, podczas gdy moim zdaniem to stanowczo zbyt niska temp. Szczypanki w ciastkach się rozjechały. Sądzę, że należałoby wstawić dobrze schłodzone ciastka do piekarnika nagrzanego do 200 - 210°C. Po ok 5 minutach, gdy ciasto się zetnie, obniżyć temp. do 180°C i spokojnie dopiec, aż ciastka zrobią się rumiane.


Pardulas podaje się skropione miodem.
Na podstawie własnego doświadczenia wiem, że jest to bardzo dobry pomysł. Dopiero polane miodem i to wcale nie bezpośrednio przed podaniem, nabierają właściwego charakteru. Tak samo jak herbata z samą cytryną albo herbata z samym miodem nie dorównują herbacie z miodem i cytryną ;)
Dobrze tez zjeść je następnego dnia po upieczeniu. Wtedy miseczki z ciasta stają się wilgotniejsze i lepiej komponują się z wnętrzem.
Do pardulas na pewno wrócę. Nadają się doskonale w tych nierzadkich momentach, kiedy trzeba przygotować coś szybko i nie ma czasu na dodatkowe zakupy. Szast, prast i mam idealny dodatek do kawy ;)))



Zielono mi

Danie z którym chciałam się zmierzyć już od dawna. Od czasu, kiedy kupiłam pierwszy odcinek Kulinarnego Atlasu Świata. Zapatrzyłam się na tę energetyczną zieloność i już nie było odwrotu.
Dłuuuugo się zbierałam, przyznaję. Ostatnio nadarzyła się okazja, żeby wykorzystać właśnie ten przepis.
Zostałam bowiem wyzwańcem listopada na forum MniamMniam.
No i się zaczęło :)
Niby takie po prostu pierożki, a jednak nie.
Bo wałkuje się ciężko, a musi być cieniutko, gdyż ciasto mocno jajeczne.
Bo przy wykrawaniu radełkiem robią się w pierożkach bańki powietrza i za nic nie można ich usunąć.
Bo jakieś takie koślawe mi wyszły, a miało być tak pięknie i filigranowo.

Za to smak, mhmm, smak wszystko wynagradza.
Kompozycja kremowego środka, zwartego ciasta i pomidorowo - serowego miszmaszu jest powalająca.
O stronie wizualnej też muszę napisać, bo zdjęcia mnie zawiodły. Tak szybko zapada listopadowa noc, że o zdjęciach w świetle dziennym można tylko pomarzyć.
A kolory były piękne, nasycona, hiszpańska czerwień, łagodna pastelowa żółć i wczesnowiosenna zieleń.
Na zdjęciach jest tylko wspomnienie tego czym moje oczy i kubki smakowe cieszyły się wczoraj, niestety po zmierzchu.





Ravioli verdi
za Atlasem Kulinarnym Świata, przepis zmieniony i uzupełniony


Ciasto:
1/2 kg mąki
po 1 małym pęczku natki pietruszki i bazylii
3 jajka (powinny być duże)
2 żółtka
1 białko do smarowania ciasta

Farsz:
25-30 dag ricotty
25 dag mozzarelli
3 garstki tartego parmezanu (u mnie to były czubate łyżki)
1 duża cebula
3 ząbki czosnku
oliwa
garść listków bazylii
pieprz

Sos czerwony:
1 puszka pomidorów (u mnie słoik domowego przecieru)
oliwa
czosnek
bazylia
sól
pieprz

Sos żółty:
1 fiolka szafranu (ja go nie znoszę, u mnie była szczypta kurkumy)
100 ml białego wina
1-2 łyżki masła
150 ml śmietany 30-proc.
łyżka startego parmezanu (mój dodatek)



Przygotowanie farszu:
Na desce drobno posiekałam mozzarellę, na oliwie  lekko zrumieniłam posiekaną cebulę i czosnek. Przestudziłam. W misce połączyłam ricottę, mozzarellę, starty parmezan i mieszankę cebulowo-czosnkową. Dodałam posiekaną bazylię i pieprz. Wyrobiłam łyżką zwięzła masę.




Przygotowanie ciasta:
Listki zieleniny zmiksowałam z żółtkami i jajkami na jednolity zielony płyn. Zagniotłam z mąką, wyrabiałam podlewając wodą, bo niestety moje jajka była małe. Rozwałkowałam najcieniej jak umiałam ;)

Na połowie placka układałam porcje nadzienia, pomiędzy nimi posmarowałam ciasto białkiem. Przykryłam pozostałą częścią ciasta, docisnęłam, walcząc z bańkami powietrza. Pokroiłam radełkiem na kwadraty, gdzieniegdzie podociskałam, żeby się nie rozkleiło. Ugotowałam w osolonej wodzie.

Przygotowanie sosu czerwonego:
Na oliwie podsmażyłam czosnek, dodałam przecier pomidorowy, zredukowałam, dosłodziłam, dodałam pieprzu, bazylię pominęłam bo chciałam zachować czysty kolor sosu.

Przygotowanie sosu żółtego:
Szafran zaparz w gorącym winie z masłem. Śmietanę zredukuj na patelni, dodaj szafran. Gotuj do zgęstnienia, posól. Tyle przepis oryginalny.
W mojej wersji stopiłam masło, dodałam kurkumy, chwilę pomieszałam i dodałam wino. Kiedy odparowało wlałam słodką śmietankę i redukowałam dalej. Spróbowałam, dodałam szczyptę cukru. Na końcu wsypałam parmezan, wymieszałam aż do roztopienia.




Potem pozostaje już tylko kompozycja tego wszystkiego na talerzu i radosne pałaszowanie.


23 lis 2009

Sposób na struclę ... z powidłami


Z drożdżówkami mam pewien kłopot. Nie robię ich zbyt często, bo nie są na liście ulubionych ciast mojego męża. Mało tego, są nawet gdzieś daleko poza listą ;)
Ja z kolei wszystko co drożdżowe po prostu kocham, bezwarunkowo i namiętnie ;).
Czasami więc po prostu muszę :). Szczególnie, gdy od dawna czeka na wypróbowanie pewna strucla  i pojawia się specjalne zamówienie mojej córki.
"Tylko z powidłami mamusiu" :))))

Trochę wyrabiania, zwijania, oczekiwania.Plus całkiem nowy sposób na ostateczny efekt podpatrzony u Dorotus.
Sposób gwarantujący zwarte, piękne kromki, bez odstającej "skórki".

W sam raz na niedzielne popołudnie.
Warto było dla krótkiego: "Rewelacja", w wykonaniu mojej mamy :)))

Strucla z powidłami
przepis z blogu Moje wypieki z moimi zmianami

składniki na ciasto:

750 g mąki
3 jajka
torebka drożdży instant
1 szklanka letniego mleka
90 g cukru
opakowanie cukru waniliowego
130 g masła

słoik domowych powideł (ok 300ml)

kruszonka:
mąka i cukier w równych proporcjach objętościowych
stopione masło ok 80 g

Mąkę wsypać do miski, wymieszać z drożdżami, cukrem i cukrem waniliowym.
Zrobić zagłębienie, wbić jajka, wlać mleko. Wyrobić najpierw łyżką, potem ręką gładkie ciasto. Następnie partiami wlewać stopione i lekko wystudzone masło, wyrabiając, do całkowitego wmieszania w ciasto. Wyrabiać jeszcze chwilę aż do uzyskania lśniącej kuli.
Zostawić pod przykryciem do podwojenia objętości. Następnie odgazować, podzielić na dwie części.
Rozwałkować każdą na placek długości blachy (moja ma 35 cm), w miarę możliwości cienko (ok 5-6 mm)
Posmarować powidłami (moje były bardzo gęste i zwarte, więc lekko je najpierw rozgrzałam).
Zwinąć strucle i ułożyć na 1 szerokiej blasze, lub w dwóch keksówkach (moim zdaniem lepsza wersja). Pozwolić im spokojnie wyrosnąć. Po tym jak podwoją objętość naciąć głęboko (do dna) ostrym nożem przez środek każdej strucli. Poczekać jeszcze, aż się rozchylą i wypełnią blachę.
Posypać kruszonką i wstawić do piekarnika (180 stopni). Piec ok 30 min.

Najlepiej smakuje ze szklanką mleka :)

19 lis 2009

Chleb z orzechami i morelami



Czasem tak jest, że dużo sobie po jakimś przepisie obiecuję, planuję, ekscytuję się.
Później jest różnie. Bywa, że efekt jest nawet lepszy od wyobrażeń. Wtedy do przepisu wracam z niekłamaną przyjemnością. Zdarza się też, że coś jest smakowo zupełnie nie w moim stylu, żegnam się więc z przepisem bez zbędnego żalu.
Bywają i takie przepisy, które po wypróbowaniu lądują w kategorii - rozwojowe ;))). Nie do końca jestem zadowolona z efektów ale wiem, że nie można danej potrawy spisywać na straty, albo, że wypiek leżący przede mną wręcz domaga się kolejnej szansy.
Tak było i tym razem.
Spieszyło mi się do tego chleba bardzo, rzekłabym, że nawet za bardzo.
Zapomniałam na chwilę o tym, że pośpiech chlebom nie służy.
Dodałam mu trochę ciepła, nie poczekałam, aż sobie leniwie wyrośnie.
Popękał biedaczek na skutek tych moich zabiegów. Jest też moim zdaniem trochę za bardzo zwarty i przez to raczej "ciężki". To drugie to zasługa zbyt dużej, jak na mój gust ilości bakalii.

Teraz pora na zalety: kolorowy, czasem słodki, czasem chrupiący, zależy co akurat weźmiemy na ząb.
Ciekawy i niebanalny.
Po paru poprawkach będzie z niego całkiem zacny chleb ;)))

Chleb z orzechami laskowymi i morelami
inspirowany recepturą z "Wyznań francuskiego piekarza"

Zaczyn :
100 g aktywnego zakwasu (miałam tylko żytni ale pszenny byłby lepszy)
180 g (1 szk) mąki pszennej typ 650
100 g wody

Składniki zaczynu połączyć w misce przy pomocy łyżki.
Odstawić na 4-5 godz do spokojnego wyrośnięcia. Potem w zależności od tego która jest godzina przejść do następnego etapu albo, jak ja to zrobiłam, przechować zaczyn w lodówce do dnia następnego. 

Ciasto właściwe:
cały zaczyn
425 g (2,5 szk.) maki j.w.
200 g letniej wody (można dać trochę więcej)

1,5 łyżeczki soli
3/4 szk. suszonych moreli pokrojonych w kostkę
3/4 szk. orzechów laskowych grubo posiekanych
ok. 20g mąki zużyłam do podsypywania w czasie wyrabiania.


Dwie godziny przed rozpoczęciem działań wyjąć zaczyn z lodówki i pozwolić mu dojść do temp. pokojowej.
W  misce wymieszać mąkę z solą.
Dodać zaczyn, wodę i wyrobić gładkie, dość zwarte ciasto. Powinno całkowicie odchodzić od rąk. Dodać posiekane morele i orzechy i wyrabiać aż równomiernie rozłożą się w cieście.
Uformować kulę i odstawić do wyrośnięcia. Poczekać, aż podwoi objętość.
Odgazować ciasto na blacie.  Uformować okrągły bochenek (albo dwa małe) i  zostawić do ponownego wyrośnięcia na blasze.
Doświadczenie mówi, że trzeba się uzbroić w cierpliwość bo temu chlebowi trzeba dać czas.

Piec w naparowanym piekarniku,  najpierw przez 10 min. w temp. 250 stopni, potem  przez następne 30 min. w temp. 210 stopni.
Przed krojeniem dobrze wystudzić na kratce.


Najlepiej smakuje z masłem, krojony w cienkie kromki ;))))



18 lis 2009

Jesienne smaki

Za oknem szaro, zimno i mokro.
Na szybach firanka z kropli deszczu.
Szybko zapadający zmrok zaciera i tak już przyblakłe jesienne kolory.
Coraz częściej docieram do domu ze zmarzniętymi końcówkami.
W takie dni najlepiej by było zwinąć się w kłębek pod kocem, poczytać, powygrzewać się w ciepłym świetle lampy. Zaparzyć kubek ulubionej herbaty.
To tyle jeśli chodzi o marzenia ;)))))))
Z reguły jednak popołudniowy grafik wypełniony jest po brzegi. Żelazny punkt pierwszy to przygotowanie obiadu dla całej gromadki.
Może więc właśnie obiadem dodać sobie energii, doładować baterie na resztę dnia.Wyjść naprzeciw naturalnemu dążeniu organizmu do zgromadzenia zimowych zapasów.

W jesienny klimat doskonale wpisuje się kuchnia prosta, oparta na rodzimych składnikach, za to sycąca i konkretna. Wyciągam ziemniaki, cebulę, śmietanę. Powstaje całkowite przeciwieństwo letniej eterycznej sałatki, czyli...


Energetyczna zapiekanka ziemniaczana



1-11/2 kg ziemniaków
kawałek gotowanego boczku (wedle uznania)
1 duża cebula
200 ml słodkiej śmietany kremówki 30%
100 ml mleka
1 duże jajko
200 g mozzarelli lub innego sera do starcia
masło do smażenia



Ziemniaki pokroić w talarki, obgotować w wodzie przez ok 5 min. Odsączyć.
Cebulę pokroić w ćwierćplasterki, podsmażyć na maśle, pod koniec dodać pokrojony w słupki boczek, wymieszać.
W misce rozkłócić jajko z mlekiem i śmietaną.
Naczynie żaroodporne wysmarować masłem.
Ułożyć płasko połowę ziemniaków, na to boczek z cebulą, połowę sera. Przykryć drugą połową ziemniaków.
Zalać mieszanką mleczno-jajeczną.
Wierzch posypać pozostałą częścią sera.
Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Piec ok. godziny, najpierw przykryte, a przez ostatnie 10 min odkryte dla zrumienienia sera.
Piękny zapach, błogi smak, w sam raz na jesienne smutki.



Wyrośnięty zaczyn chlebowy czeka w lodówce na mój powrót z pracy :)))

17 lis 2009

Była sobie książka

Po wczorajszej lekturze ulubionych blogów i zamieszczonych tam orzechowych i piekarskich cudeniek, coś mi się przypomniało.

Odszukałam na półce małą, niepozorną książeczkę. Były to "Wyznania francuskiego piekarza" czyli Gerarda Auzeta, spisane przez Petera Mayla .
Kupiłam ją kiedyś na fali mojego zainteresowania książkami, w których ktoś kupuje posiadłość we Francji albo Toskanii i opisuje swoje wzloty i upadki towarzyszące remontom, wpisywaniu się w lokalną społeczność, a w końcu codzienne życie tam.
Udzielałam się już wtedy kulinarnie i chlebowo więc tym bardziej wydawało się, że będzie to strzał w dziesiątkę.

Pamiętam, że przeczytałam jednym tchem. Było bardzo miło. Rodzinne opowieści i anegdoty, zdjęcia w sepii, dodają książce klimatu. Dużo rysunków z praktycznymi instrukcjami dotyczącymi kształtowania chleba. Cieszę się, że tę książkę mam, lubię sobie do niej czasem zajrzeć.

Ale pamiętam też, że czegoś mi zabrakło i to zaraz po lekturze. Miałam nadzieję, że znajdę tam więcej chlebów prawdziwych (dla mnie to takie na zakwasie), a znalazłam samo drożdżowe, w większości białe pieczywo. Nie znaczy, że mało interesujące, szczególnie w sferze dodatków.

Jeden z takich chlebów, właśnie ze względu na dodatki, odłożyłam sobie do przegródki - do zrobienia.
Chleb z morelami i orzechami laskowymi (teraz to już chyba jasne dlaczego mi się o nim przypomniało przy okazji orzechowego tygodnia;)
Postanowiłam, że lekko go jednak zmodyfikuję.
Dodam do niego zakwasu, który przerwie na jakiś czas urlop w lodówce i znów będzie musiał wziąć się do pracy.
O efektach w następnym odcinku.

16 lis 2009

No i nie udało się

Jak w tytule, nie udało mi się dołączyć do Orzechowego tygodnia, chociaż tak bardzo chciałam. Wydarzenia minionego weekendu tak jakoś się spiętrzyły i zagalopowały, że ani się obejrzałam, było "po sprawie".
Może kiedyś, następnym razem.

Czeka na mnie jeden taki przepis na orzechowe trójkąty. Wyszperałam go w niedawno zakupionej książce o ciasteczkach.

11 lis 2009

Angel Cake

Mam dni kiedy lubię stąpać po pewnym gruncie.
Gotuję i piekę to, co znane i sprawdzone.
Innym razem czuję zew. Zaczynam rozglądać się w poszukiwaniu czegoś innego, całkiem nowego, czego smaku nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić.

Przeczytałam kiedyś na forum o magicznym winianie potasu.  O tym, że są miejsca gdzie jest on całkiem powszechny i ogólnie dostępny. I o tym, że można z jego pomocą zrobić ciasto o wdzięcznej nazwie Angel Cake.

Gdy tylko nadarzyła się okazja, wzięłam udział w "przemycie". Dostałam od zaprzyjaźnionej duszy całą buteleczkę winianu.
Przyszła kolej i na ciasto.
Pierwszy był przepis klasyczny, sprawdzony przez Irenkę z forum MniamMniam.
Wszystko było świetnie, oprócz małego ale.
Brakowało mi czegoś, jakiegoś pazura, ciasto wyszło puszyste, lekkie jak chmurka i ... trochę mdłe.
Uznałam, że zapach wanilii w żaden sposób nie ożywia tego ciasta, wręcz przeciwnie.

Jak to ja, zdecydowałam się na eksperyment.
Powstał przepis, który dużo bardziej mi odpowiada i wart jest podzielenia się :)

Angel Cake po mojemu;)

10 białek
2 żółtka
1 szklanka cukru
1 i 1/4 szklanki mąki
skórka otarta z pomarańczy
sok wyciśnięty z połowy dużej lub całej małej cytryny

1 i 1/4 łyżeczki winianu potasu

Białka ubijam ze szczyptą soli, prawie na sztywno.
Ciągle ubijając dodaję winian i ubijam dalej aż piana będzie sztywna i lśniąca.
Następnie po trochu dodaję pół szklanki cukru, nie przestając ubijać.
Do dwóch żółtek dodaję łyżkę cukru i sok z cytryny, miksuję. Wlewam żółtka do ubitej piany i mieszam na wolniejszych obrotach.
Mąkę przesianą dokładnie z resztą cukru i skórką z pomarańczy, dodaję partiami do piany lekko mieszając
łyżką.
Ciasto przekładam do formy z kominkiem, wstawiam do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piekę około 40 minut.
Wyjmuję, studzę w formie odwróconej do góry dnem (nie wiem co to daje, ale receptura dla mnie nadal jest trochę magiczna i wole nie ryzykować).

Ciasto jest sprężyste, białe, ma duże równe dziurki, przyjemnie szeleści przy krojeniu. Jest pyszne w towarzystwie kawy albo herbaty z mlekiem.
Do wypróbowania jeszcze wersje z cynamonem i kawą, więc być może ciąg dalszy nastąpi ;)



10 lis 2009

W pełnym uzbrojeniu



Czekam,
zresztą jak co roku.
Przebieram nogami i nie mogę się doczekać.
Zapachu, smaku tych co to za długo były w piekarniku.
To już niedługo.
Już na początku grudnia.
Tym razem poczyniłam pewne kroki.
A teraz drżę.
Bo może ja umiem tylko białym lukrem.
Bez tych wszystkich dodatkowych fajerwerków.

Może mi nie starczy pomysłów.

Może, może, cóż, zobaczymy.

9 lis 2009

O Chlebie



Zaczęło się już daaawno.
Przyznam, że kiedyś nie rozumiałam potrzeby, która każe nastawiać, wyrabiać, składać, odgazowywać itp.
Podziwiałam wypieki innych ale bez najmniejszej nawet myśli o otworzeniu własnej "wytwórni"
Do czasu. Kiedyś jakiś dobry duch przysłał mi próbkę zakwasu.
Przyszedł czas na lekturę kilku chlebowych stron.

Potem nadszedł ten moment.
Tremę miałam jak przed poważnym występem.
Wydawało mi się, że z motyką na słońce się porywam. Wszystko dlatego, że wybrałam przepis z blogu prowadzonego przez chlebową mistrzynię Tatter.

Okazało się, że nie było się czego bać.
Chleb udał się nadspodziewanie. Chyba w myśl zasady, że szczęście dopisuje początkującemu.

Nie, nie znaczy to wcale, że od tej pory udają mi się wszystkie chlebowe wypieki, co to to nie.
Czasem zdarzy mi się uzyskać malowniczy wulkan, czasem coś na kształt dysku.

Zmieniło się jednak wiele. Wyhodowałam własny zakwas korzystając z rad zawartych na innej, bardzo przydatnej stronie
Zakupiłam specjalne koszyczki do wyrastania chleba.
Potem, nie bez przygód,  nauczyłam się z nich korzystać :)
Przede mną jeszcze zakup kamienia, (ciągle się waham ,czy aby na pewno mi potrzebny).

Ostatnio wróciłam do mojego pierwszego w życiu chleba na zakwasie.
Dziękuję Tatter za ten i inne przepisy, do których regularnie wracam.

Chleb pszenny na żytnim zakwasie



za Tatter z moimi modyfikacjami

Gęsty zaczyn zakwasowy:

110g płynnego zakwasu żytniego razowego (aktywnego)
125g białej pszennej mąki chlebowej, ja użyłam mąki typu 650
30g wody (ja dałam ok 40g)

Składniki zaczynu wymieszałam, zagniotłam bardzo krótko dość luźne lepkie ciasto zagniotłam. Zaczyn umieściłam w misce, przykryłam i zostawiłam na 4 godziny w temperaturze pokojowej. Tatter pisze, że w zależności od aktywności i mocy zakwasu, etap ten może zabrać nieco więcej czasu...należy poczekać, aż przynajmniej podwoi swoja objętość. U mnie podwoił dość szybko. Wyrośnięty zaczyn wyniosłam na balkon :) na noc.

Następnego dnia wstawiłam zaczyn do domu i dałam mu dojśc do temp pokojowej.
Później dodałam do niego::

300g mąki pszennej typ 650
300g mąki pszennej pełnoziarnistej Lubella
2 łyżeczki soli 
390 g letniej wody (35-39C)

Ciasto zagniotłam  podsypując nieco mąką, lepiło się bowiem trochę;). Zostawiłam w przykrytej misce do wyrośnięcia na 4 godziny.

Podzieliłam na dwie części i uformowałam owalne bochenki. Włożyłam je do koszyków złączeniami do góry i wyrastałam jeszcze przez prawie 3 godziny. Potem wyłożyłam delikatnie na blachę, nacięłam, co mi nigdy zbyt dobrze nie wychodzi.
Piekłam najpierw w temp 250 stopni, z parą. Później zmniejszyłam temperaturę do 220 stopni. Piekłąm do zrumienienia i słynnego głuchego odgłosu.

Niestety dobrze nie wystudziłam, bo moja rodzina skutecznie mi to uniemożliwia.
Już w czasie pieczenia zapach zwabia ich do kuchni i potem to już żadna siła nie jest w stanie zatrzymać tej lawiny :)))


6 lis 2009

Dyniowy post

Dynia, hmmmm...
Miałam z nią na pieńku.
Bo marynowana do mnie nie przemawia, a taka w zupie mlecznej na słodko powoduje dreszcz, nie ekscytacji bynajmniej:)
Pewnie więc dynia byłaby dla mnie tylko jesienną ozdobą, gdyby nie ...Bea
Zaraziła mnie entuzjazmem do tych słonecznych warzyw.
Moje dyniowe odkrycia to też jeden z powodów założenia bloga.
Chcę je sobie dobrze zapamiętać i za rok do nich wrócić.
Ten post to zbiór moich październikowych z dynią poczynań ;)

Na początku dla rozgrzewki, bo jeszcze nie wiedziałam czy się lubimy, zrobiłam:

Racuchy dyniowo - ziemniaczane

300g obranej dyni
4 b. duże ziemniaki
2 jajka
4 kopiaste łyżki mąki
pieprz
sól
ew. mała cebulka

Dynię zetrzeć na tarce o dużych oczkach, ziemniaki za to na małych, wymieszać w misce. Wbić jajka, dodać pieprzu, soli, ewentualnie dodać pokrojoną w bardzo drobną kostkę, albo startą na tarce cebulę.
Smażyć za złoty kolor z obu stron.

My jedliśmy z jogurtem greckim i natką pietruszki (to już tylko niektórzy fanatycy).

Pierwsze koty za płoty. Test wypadł pomyślnie. Dynia dodała racuszkom tego "czegoś", były bardziej kolorowe, delikatniejsze w smaku, lekko słodkawe, dodatek jogurtu greckiego to strzał w dziesiątkę.
Odczekałam kilka dni i poszperałam w zasobach sieci.
Wyszperałam prawdziwą perełkę.

Zupa dyniowo - porowa

przepis z tego super bloga

1 b.duży por
ok. 400g miąższu dyni
2 ziemniaki
2 ząbki czosnku
1l gorącej wody  z bulionem warzywnym
sol
pieprz
masło

Por poszatkować i podsmażyć na maśle. Dodać pokrojone w kostkę dynie i ziemniaka, podsmażyć na złoto, dołożyć rozgnieciony czosnek. Podsmażyć jeszcze chwile i dodać gorący bulion. Gotować, aż warzywa będą miękkie. Doprawić i zmiksować.

Lubię tę zupę gęstą, oczywiście z pietruszką. Jej kolor potrafi uratować dobry humor w deszczowe dni.
Chociaż w kategorii potraw słonecznych, wywołujących uśmiech palmę pierwszeństwa dzierży:

Dynia pieczona


dowolna ilość obranej  i pokrojonej na części dyni
masło
sól
pieprz
parmezan

Dynię delikatnie posolić, posypać pieprzem, na każdym kawałku położyć wiórek masła.
Piec w do miękkości (sprawdzałam widelcem) w temp 180 st.
Pod koniec pieczenia każdy kawałek posypać startym parmezanem.

Smak jest zaskakujący. Początek dziwny, lekko słodkawy, potem dochodzi aromat masła i słonego sera.
Z każdym kęsem coraz lepsze. Najlepsze na drugi dzień, wszystkie smaki zespoliły się w harmonijną całość.

Po małym przerywniku czas na koleją zupę.
To moja zdecydowana faworytka. Gotowana według średniowiecznych metod.
Zamieszaj w kotle, dodaj szczyptę sproszkowanego ziela.....

Zupa soczewicowa z dynią
ok 300g dyni
garść (albo 2) czerwonej soczewicy
1 duża marchewka
1 cebula
2 kawałki selera naciowego
pół szklanki gęstego soku pomidorowego
2 szczypty curry
sól
pieprz
2 łyżki oliwy

Zagotowałam wodę, wsypałam soczewicę. Na oliwie podsmażyłam kolejno, pokrojoną w kostkę dynię, cebulę i startą na tarce marchewkę (tę do lekkiego skarmelizowania). Dodałam do gotującej się socczewicy.
Potem dołożyłam pokrojony w plasterki seler, dosmaczyłam curry, pieprzem i solą. Gdy wszystkie warzywa były już miękkie (takie częściowo rozpadające) dodałam sok pomidorowy.

Zupa jest pyszna, jej aromat niepowtarzalny. Słodycz dyni, podkreślona jeszcze przez marchewkę doskonale, doskonale komponuje sie z kwaśną nutą pomidorów. To wszystko ostatecznie spina ta magiczna odrobina curry.

Moim ostatnim dyniowym wyczynem były dyniowe gnocchi.
To był juz prawdziwy hit. I starsi i młodsi, nawet Ci całkiem najmłodsi zapałali do nich uczuciem.
Dla mnie to najlepsze kopytka, jakie jadłam w życiu. Z dyniowym pure i ricottą, po prostu rewelacja.
Dla dorosłych oprócz masła jako dodatki wystąpiły: parmezan, czarny pieprz i orzechy włoskie.

Gnocchi dyniowe z ricottą

przeciśnięte przez praskę ziemniaki,
pure z dyni (pieczonej, odciśniętej i zmiksowanej)
ricotta(opakowanie 250g)
w proporcjach objętościowych 2:1:1,
filiżanka utartego parmezanu,
dwa jajka
mąka
dwie łyżki masła
kilka włoskich orzechów
wiórki parmezanu

Wszystkie składniki wymieszałam w misce na jednolitą masę i dodałam mąki tak żeby zagnieść jednolite, ale dość luźne ciasto. Na stolnicy utoczyłam wałeczki, podsypując obficie mąką. Pokroiłam.
Ugotowałam w lekko osolonej wodzie.
Do stopionego na patelni masła dodałam pokruszone orzechy włoskie, żeby wymieszały się smaki (i aromaty:)
Taką miksturą polałam kluski, posypałam pieprzem i wiórkami parmezanu.

5 lis 2009

Z tęsknoty za sernikiem idealnym

Za oknem szaruga, wiatr i wszędobylskie krople deszczu.
Leniwie sączy się popołudnie.
To dobry czas na ciasto.
Nie kruche, nie drożdżowe, nie tym razem.
Potrzebne jest coś, co zaspokoi apetyty małych i dużych.
Coś pożywnego na kolację ale też do kawy.

Kremowe, zwarte, aksamitne cudo. I waniliowe i w kropki.
Całkiem jak biedronka :)

Wyjmuję kilogram śmietankowego twarogu z lodówki.
Dzisiaj to będzie sernik z ulubionej Kwestii Smaku
 
jak zwykle z moimi modyfikacjami.
Aksamitny i kremowy sernik waniliowy

 
Na spód:
3 opakowania (30 sztuk) herbatników (petitki)
50-60 g miękkiego masła

Masa serowa:
1 kg twarogu sernikowego mielonego(użyłam Piątnicy)
60 g miękkiego masła
225 ml śmietany kremówki
6 jajek
1 szklanka drobnego cukru, w tym
2 opakowania cukru z wanilią
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka mąki ziemniaczanej

dodatki:
200 g rodzynek 

Sposób wykonania 
Formę o średnicy 28 cm wyłożyłam folią aluminiową.
Herbatniki pokruszyłam, następnie zmiksowałam z masłem. Masą wylepiłam dno formy. Wstawiłam do lodówki.
Twaróg wyłożyłam do miski. Zmiksowałam na wolnych obrotach z masłem i śmietanką. Żółtka ubiłam w oddzielnym garnku z połową cukru. W trzecim naczyniu ubiłam pianę z białek z resztą cukru. Wymieszałam masę twarogową z żółtkami, dodałam proszek do pieczenia, mąkę ziemniaczaną i pianę z białek. Dodałam ulubione przez moje dzieci rodzynki.
Masę serową wyłożyłam na przygotowany spód. Wstawiłam do nagrzanego do 180ºC piekarnika i piekłam 1 godz. Wolę serniki upieczone do suchego patyczka. Może kiedyś to zmienię? Jeszcze nie tym razem :)

Powinno się go chłodzić przez noc w lodówce, wiem, wiem. Na drugi dzień też był pyszny. To znaczy jego resztki.
Zdjęcie przedstawia krajobraz po bitwie, jaką stoczyli z sernikiem mój mąż i brat, jeszcze tego samego wieczoru.


    Debiut

    Skąd się tu wzięłam?
    Akurat teraz?

    Blogi kulinarne to moja słabość.
    Odwiedzam je często, mam swoje ulubione.
    Zaczęło się owszem, od szukania przepisów.
    Tylko że już dawno przerodziło się w coś więcej.
    Pojawiła się chęć przeczytania ciekawej historii, nie zawsze, choć często osnutej wokół jedzenia.
    Spodobał mi się świat widziany cudzymi oczami, spodobali ludzie, których cieszy codzienność z jej małymi rytuałami.

    Dlatego zaistniał ten blog.
    Bo lubię kiedy w domu pachnie tak, że wszyscy już od progu zaczynają się uśmiechać.
    Bo chcę utrwalić niektóre chwile, ich smak, aromat i atmosferę.

    Bo lubię eksperymenty w kuchni.
    Efekty niektórych nie powinny tak po prostu znikać w zakamarkach zawodnej pamięci.