Co prawda minęły już całe dwa tygodnie. Bo jakże mogło być inaczej. Przecież od razu po powrocie wciągnął mnie wir codziennych zdarzeń. Ale wspomnienia są ciągle bardzo żywe, kolorowe i naprawdę wspaniałe. Dawno tak nie naładowałam akumulatorów. Było wszystko to co lubię, wiatr, przestrzeń, tańczące wokół oczu kosmyki, ostre, czyste powietrze, jęzor do pasa i nogi w d.... ;) Piękna pogoda, pozwalająca spędzić 12 godzin na szlaku. Mnóstwo kwiatów, w tym w moim ulubionym kolorze. Majestatyczne świerki i jaśniejące na ich tle modrzewie, pokryte świeżą szczecinką igieł. Kosówka, która powoduje, że grzbiety górskie kojarzą mi się z krowimi ;), no bo wszędzie tylko łaty i łaty. Dokoła wszechobecny szum wody, wody, która o tej porze roku płynie dosłownie wszędzie, wzdłuż szlaku i w poprzek, pośród łąki, no chyba, że zawędrowaliśmy wyżej, to wtedy tylko nieruchoma biel śnieżnych łat. No i skały, potężne monumenta...
... krętą ścieżką śladami smaków, zapachów, wrażeń, wspomnień, choćby mgnień... bo warto je zatrzymać