Wymyśliłam sobie, że upiekę sernik. Wizja była wyraźna. Pachnąca latem. Jakiś czas pozwalałam pomysłowi dojrzeć. W momencie, kiedy już wszystko miałam ułożone w głowie okazało się, że nie takie to proste, jak początkowo zakładałam ;). Od pomysłu do realizacji szłam drogą wyboistą i usianą przeszkodami. Te przeszkody to moje własne, liczne działania utrudniające ;) Najpierw zjadłam wszystkie borówki. Bo było gorąco i nie chciało mi się gotować obiadu. (teraz myśl o tym, że było gorąco wydaje mi się mocno odległa, a to zaledwie kilka dni) Potem zjadłam ser. Ze świeżym miodem. Rzepakowym, gęstym, kremowym, płowo-złotym. To dla mnie jedno z połączeń, którym nie można się oprzeć. Poza tym jestem twarogowym skrytożercą. Znikam wszelkie białe serki z łatwością, która mnie samą zdumiewa. Pomyślałam sobie, że dość tego. Jeden kurs do sklepu rozwiązał moje braki produktowe. Nie było już wyjścia. Za to była trema. Bo ja, jak mam ochotę na ciasto to intuicyjnie najbliżej ...
... krętą ścieżką śladami smaków, zapachów, wrażeń, wspomnień, choćby mgnień... bo warto je zatrzymać