28 mar 2011

Muszle, duże i pyszne :)


W ciągu tygodnia moja kulinarna ekspresja jest nieco ograniczona.
Owszem mogę sobie poszaleć z jakimś ciastem (choć nie zawsze starcza mi energii i odkładam na pojutrze ;)).
Mogę zrobić eksperymentalną sałatkę na kolację (za bardzo mnie zawsze korci, żeby narozrabiać, dodać coś od siebie, coś ująć, posiekać).
Zdarza mi usmażyć jakieś chrupiące placuszki z owocami lub twarogiem, upiec gofry, ubić śmietanę.
Nie dotykam się za to praktycznie do przygotowywania obiadu.
Wracam i już jest.
Wyczarowany przez moją mamę.
Czasem tylko coś doprawię, wymieszam surówkę, wyjmę talerze.
(No dobrze w tajemnicy dodam, że pomysł na... konsultuję wcześniej przez telefon )

W sobotę delektuję się domem,
zwolnieniem obrotów,
szlafrokiem,
kawą w ulubionym kubku,
malowaniem milionsześćsettysięcystopięćdziesiątejdziewiątej królewny, koniecznie z kręconymi włosami i szerooooką suknią, woalem, kwiatem i obcasami, podkręconymi rzęsami i karminowym ust pąkowiem.
Tańczę walca, koniecznie z obrotami, dookoła nośnego słupa w salonie.
Bywam złym wilkiem, bywam wilkiem dobrym, galopuję na kolanach, piję niewidzialną herbatę i wącham papierowe tulipany.

Przygotowuję wtedy na obiad coś prostego, zazwyczaj nie warto albo nie chce mi się sięgać po aparat ;)
Za to wieczorem już słyszę w głowie podszepty. Zew kuchni czy jak to się tam nazywa.

Niedziela to taki specjalny dla mnie dzień. Kulinarnie rzecz jasna. Nosi mnie wtedy oj nosi.
Już od rana krążę, przewijając w głowie długą listę kulinarnych możliwości. Nawet wyprawa do sklepu po coś czego brak (buziaki dla M.) mnie nie powstrzyma.

Wczoraj było po włosku. Czyli pasta, pasta, pasta.
Z inspiracji niedawną rozmową o włoskiej kuchni.
Bo nie ukrywajmy, takie jest pierwsze skojarzenie, że jak włoska kuchnia to makaron.
Dlaczego, skoro to przecież dla włochów tylko wstęp do posiłku?
Bo makarony zawojowały nasze stoły, będąc bardzo wdzięczną i jakże prostą w obsłudze bazą niezmierzonej liczby połączeń.
Bo takie gotowanie jest przyjazne, przy zachowaniu podstawowych zasad (ach, ten makaron al dente) i zakup składników nie wiąże się z wycieczką po mieście w poszukiwaniu specjalistycznych sklepów.
Bo są po prostu pyszne,
dla mnie szczególnie w połączeniach skupiających się na trzech podstawowych barwach bieli, zieleni i czerwieni.

Conchiglioni ze szpinakiem i trzema serami

Składniki:

1 opakowanie dużych muszli makaronowych

1 łyżka klarowanego masła (może być i zwykłe)
350 - 500 g świeżego szpinaku
250 g mascarpone
4 ząbki czosnku
4 plastry pieczonej piersi indyka (może być też 1 pierś z kurczaka, zgrillowana albo ugotowana na parze)
200 - 300 g mozarelli (takiej dającej się trzeć),
1 puszka krojonych pomidorów
1/2 kartonu passaty pomidorowej
2 łyżki oliwy z oliwek
1/2 - 1 łyżeczka cukru
oregano,
pieprz,
sól

parmezan, albo Grana Padano
(który wolę, nie ukrywam, bo jest odrobinę łagodniejszy )




Muszle ugotować (oczywiście al dente) w dużej ilości lekko osolonej wody z dodatkiem oliwy. Odcedzić i ułożyć na płaskich talerzach, żeby sie nie posklejały.
Szpinak oczyścić, oderwać ogonki, opłukać. Przelać wrzątkiem na sicie. Pokroić w kostkę na desce.
Na patelni rozpuścić masło, podsmażyć posiekany czosnek, dodać szpinak. Smażyć chwilę, dodać mascarpone, posolić, kiedy lekko zgęstnieje odstawić do lekkiego przestygnięcia.
Indyka pokroić w drobną kostkę, dodać do nadzienia. Mozarellę zetrzeć na grubej tarce, dodać do szpinaku.

Na oddzielnej patelni rozgrzać oliwę, dodać pomidory, odrobinę odparować dosmaczając oregano, cukrem (to taki magiczny składnik, który wiele zmienia, wydobywa głębię smaku ze zwykłych puszkowych pomidorów) solą i pieprzem.


Na dno naczynia żaroodpornego wylać pomidorowy sos.Na nim ułożyć muszle nadziane szpinakową mieszaniną.
Wierzch posypać parmezanową pierzynką, nie za grubo. Tak tylko trochę ośnieżyć :)))
Zapiekać w temp 190 st przez około pół godziny, aż ser się stopi i brzegi muszli się zazłocą.


W sumie to taki weekedowy comfort food. Bo cóż to jest zagotować wodę, pomieszać trochę na patelni, odpalić piekarnik.
To tylko chwila kuchennej magii.
W nagrodę za to dostaje się widok umorusanych sosem bród i nosków*, uśmiechnięte od ucha do ucha miny. Rozanielone spojrzenia i radosne: "poproszę dokładkę!!!".

* nie dotyczy mojego męża ;)


I jeszcze jedno, jestem przeszczęśliwa, że znów mogę robić zdjęcia przy naturalnym świetle. 
Obiecuję.
Spodziewajcie się mnie trochę częściej.

9 komentarzy:

  1. Pycha! Uwielbiam takie faszerowane muszle. Robilam je juz w kilku wersjach i wciaz nie mam dosyc.

    Ja ostatnio bawie sie z moim dzieckiem w berka kucanego :) Tylko nie wiem czemu, moj Maly sobie ubzdural, ze berek kucany polega na chowaniu sie za poduchami z kanapy i przykrywaniu po sama glowe kocem :) Obowiazkowo chowaja sie z nami samochody i swiecaca pilka :))

    OdpowiedzUsuń
  2. zapiekany makaron, to coś co mogłabym jeść codziennie! Twój wygląda tak apetycznie, że żałuję, że mnie nie zaprosiłaś na obiad ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Majeczko, bo reguły są po to żeby je łamać:) dziecięca inwencja w tym zakresie jest wprost nieograniczona :)

    Emmo, ależ zapraszam serdecznie. Wczoraj co prawda znikał z prędkością światła ale zawsze może być następny raz, daj tylko znać :)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Lu jakie pyszności dziś u Ciebie, uwielbiam włoską kuchnię, z jej prostotą, a jednocześnie tak pełną zapachów i smaków. Mniam:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ach! ach! ach! Jak bym się dosiadła do tych muszli... :) To oczywiście dokładką by skończyło. :)
    No i niestety, u mnie w domu makaron też często, gęsto (muszle też, a jakże :)), bo jak napisałaś takie wdzięczne są. :D Ale przede wszystkim szybkie. ;-) Rachu ciachu i już! No i zawsze, ale to zawsze wychodzi. :D

    OdpowiedzUsuń
  6. No i dzień dobry, Lu, jak miło Cię czytać i to z taką rdością we wszystkich słowach! Ta niedziela to naprawdę Twój cudowny czas:) Chciałabym Cię zobaczyć w roli wilka;)
    Pomysł na ... - bardzo smakowity! Kolory i połączenie są bardzo smakowite i kuszące!

    OdpowiedzUsuń
  7. Agnieszko, zapraszam, zapraszam, mam nadzieję, że jeszcze nie raz będzie po włosku,

    Małgosiu faktycznie muszle bardzo wdzięczne są, co mnie zdziwiło nawet bardziej niż canelloni,

    Ewelajno, bo ostatnio mi o wiele radośniej, słoneczniej i chce mi się, najważniejsze, że mi się wreszcie chce :)

    Serdecznie pozdrawiam i miłego dnia.

    OdpowiedzUsuń
  8. Taki spokojny czas na kulinarne eksperymenty to wspaniała sprawa, tym bardziej jak powstają takie wyborne rezultaty :)

    OdpowiedzUsuń