15 mar 2011

Opowieść o pizzy, tej domowej, z duszą.


Chyba na większości blogów widziałam ją co najmniej raz.
Prędzej, czy później każdy próbuje zrobić ją sam, w domu.
Nie znam osoby, która jej nie lubi.
Pizza.

Przeczytałam kiedyś dyskusję na forum. Czy domowa pizza to fast food?
I czy o tym przydomku decyduje brak tłuszczu, dodatek warzyw i razowa mąka?
Bo np kaczka w pomarańczach fast foodem nie jest a nawet nie próbuje być zdrowa i beztłuszczowa.
Dla mnie fast food to zupełnie coś innego. Masowe, przetworzone, bezwartościowe, pełne polepszaczy, spulchniaczy, uzdatniaczy, takie słowa kojarzą mi się z fast foodem.

Czy może być fast foodem coś, przygotowywane z takim pietyzmem, namaszczeniem i uwagą? Przygotowywane od rana, powoli, jednoczące przy stole całą gromadkę?


Najpierw w misce ląduje góra z mąki, sypana prosto z torebki, zawsze na oko.
Szczypta soli, no dobrze, całkiem spora szczypta.
Dołek, rozkruszone drożdże, lekko ciepła woda.
Kilka ruchów ręki i na końcu 2 łyżki oliwy, takiej pięknie zielonej.
Ciasto robi się gładkie i przyjemnie lśniące.

Czasem, mimo wszystkich dostępnych mechanicznych mieszaczy lubię sobie ciasto po prostu wyrobić na misce. Ręką, czując, jak robi się coraz gładsze i bardziej poddaje się moim palcom.

Później spokojne miejsce pod ściereczką w kratę. Czasem na długo, bo spokojne leżakowanie to większe dziury w cieście.


Czas na dodatki. Na trzech deskach piętrzą się mozzarella i czarne jak węgielki oliwki, szynka i pieczarki, cienkie piórka cebuli i pasiaste słupki boczku. Na patelni bulgocze sos pomidorowy. Już wtedy dom wypełnia piękny, taki bardzo "włoski" zapach.


W piekarniku wygrzewa się ciężki pizzowy kamień. Już trochę poplamiony, zaprawiony w bojach.

Z wielkiej kuli wyjętej spod ściereczki formuję na omączonej stolnicy trzy placki, dwa cieńsze, jeden grubszy, bo na taki też są amatorzy. Lubię posypywać stolnicę mąką i dłonią rozprowadzać ją na powierzchni drewna.

Wyrośnięte placki pokrywam powłoką z zielonej oliwy.
Na pierwszym ląduje sos pomidorowy, oliwki, bazylia i aromatyczne oregano.
Na łopatę i do piekarnika.
Od kiedy mam kamień, kocham patrzeć jak puszą się drożdżowe brzegi. W ogóle łapię się na tym, że piekarnik to taki trochę telewizor, z bardzo ciekawym serialem.


Pod koniec pieczenia na pizzy ląduje mozarella. Nie lubię jak ser jest za bardzo spieczony, wolę jak się malowniczo ciągnie.
I już.
Pizza ląduje na wielkiej desce, kółko do krojenia idzie w ruch i za chwilę cztery buzie mruczą z zadowoleniem.
Na drugim placku druga część sosu, szynka i pieczarki, na wierzchu starta gouda, też dodana pod koniec pieczenia. To taka wersja dla dzieci, najbardziej klasyczna i lubiana nie tylko przez nie ;). Trójkątne kawałki znów znikają z deski.


Ostatni, najgrubszy placek zostaje powleczony kwaśną gęstą śmietaną, przykryty pierzynką z tartego sera, przybrany cebulą, pieczarkami i boczkiem. Na koniec piegi z mielonego pieprzu.


To z kolei ulubiona wersja męskiej części rodziny ;). Nawet widać nutkę zawodu, że pojawiła się na stole jako ostatnia. Pizze trzy, a brzuch niestety tylko jeden. Spokojnie sączymy czerwone wino. Małe rączki ukradkiem wykradają oliwki. Zapach domu jest niesamowity, we wszystkich wstępuje lenistwo.


I te uśmiechy, od ucha do ucha.
Miłego popołudnia.

15 komentarzy:

  1. Lu, przecudownie to opisałaś, tak malowniczo, podoba mi się każde przeczytane tu słowo i każdy zapach i wspomnienie smaku jaki dzięki niemu poczułam. Dziękuję Ci za tak piękne połechtanie moich zmysłów.
    Pozdrawiam ciepło:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przecudna treść przepisu, aż chce się jeść!

    OdpowiedzUsuń
  3. Lu! Kochana, cudowny wpis! Uwielbiam:)
    Pozdrawiam Cię wiosennie już!

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie napisane...smakuje..ech !

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo dziękuję, czuję się nawet trochę niezręcznie, bo pojawiam sie tutaj bardzo rzadko, a Wy o mnie pamiętacie.

    Co do opisu to tak właśnie czuję, uwielbiam celebrować domowe przygotowywanie posiłków kiedy tylko mam na to czas.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jestes okrutna Lu! Wiesz jak uwielbiam Twoja pizze :(
    No nic... moze sprobuje sama sie z zmierzyc z tym przepisem?

    OdpowiedzUsuń
  7. Piekny opis Lu!
    Nie, tak przygotowana domowa pizza z cala pewnoscia fast foodem nie jest! Choc oczywiscie wszystko bedzie zalezec od jakosci uzytych skladnikow. I tak jest z wiekszoscia 'fast foodowych' dan wlasnie.

    PS. U nas pizza gosci bardzo czesto, ale... stwierdzam, ze nigdy jeszcze nie zagoscila na blogu! ;)

    Pozdrawiam serdecznie Lu!

    OdpowiedzUsuń
  8. Domowa pizza nie jest fast food'em.Nigdy!
    To pojedynczy wytwór pracowitych rąk,przygotowany z duszą i pysznymi dodatkami.Dla mnie piękna!

    OdpowiedzUsuń
  9. Lu, narobiłaś mi apetytu na pizze, a przecież jadłam tydzień temu... acha - na pewno nie jest to fast food - no chyba, że patrzymy jak szybko znika :) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  10. oj serek ciągnący się od ucha do ucha ;-P

    OdpowiedzUsuń
  11. uwielbiam domową pizzę! i takowa nie jest fast foodem :) absolutnie!

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie jest. Jest jednym z najpyszniejszych obiadów :)

    :*

    OdpowiedzUsuń
  13. Dzięki!
    W sumie to wiedziałam, że tak sądzicie ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Może i rzadko się pojawiasz, ale w jakim stylu!:) Dziś tu trafiłam, dziś przeczytałam od końca do początku i jestem pełna podziwu - udało Ci się stworzyć blog, o jakim pisałaś na samym początku. Uwielbiam czytać przepisy - opowieści. Bo suche dane nie zachęcają do prób kulinarnych, a Ty piszesz tak, że od razu ma się ochotę wyciągać produkty i piec lub gotować (i to burczenie w brzuchu...;)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Piekna pizza. Piekny opis. Nie jestem fanka pizzy domowej z tego jednego powodu, ze pachnie za bardzo drozdzami. Moze mialam po prostu kiepskie przepisy na ciasto?
    Ale popatrzec moge i slinka leci. Mniam! :)

    OdpowiedzUsuń