Przejdź do głównej zawartości

Wyprawa w nieznane.


Góry, lub jak mawia ktoś najmłodszy w stadzie "góly".
Pięknie, soczyście, przestrzeń.

Tylko zaraz po przyjeździe okazało się, że:
"Dlaczego takie góry tylko z lasem, a nie kamienne mamo???"
No i skończyło się na tym, że następnego dnia, pod wpływem impulsu, pojechaliśmy w te kamienne, prawdziwe góry :)


Dla nas powrót, dla dziewczynek całkowicie nowe i niesamowite doświadczenie.


"A dlaczego nie poszliśmy do nich (tych gór) tam potańczyć na górze i pozjeżdżać w śniegu?"
- powiedział ktoś komu w nieskończoność dłużył się jeden jedyny kilometr do Morskiego Oka, pokonany na własnych nogach.


Obowiązkowa szarlotka w schronisku była rewelacyjna, pyszna, lepsza nawet niż kiedyś.
Za to herbata od zawsze w takiej samej szklance :)


Orzechówki w dobrej formie, chętnie pozowały do zdjęć (co prawda takich mocno przybliżonych ale zawsze)


Po tej szalonej, jednodniowej wyprawie, która nie wiem komu była bardziej potrzebna, dziewczynkom, czy nam, wróciliśmy w niższe, lesiste Beskidy. Tam już na spokojnie można było oddać się ulubionemu zajęciu - rwaniu mleczy :) i innych łąkowych piękności.


Ja za to zdecydowanie wolę dmuchawce fotografować, najchętniej z bliska.
Jedno podejście do nich z wysokości źdźbła trawy zakończyło się nawet gwałtownym atakiem mrówek.


W sumie to ja przez cały wyjazd nie rozstawałam się z moim nowym aparatem, który nadal bardzo ale to bardzo mnie cieszy :))))





Komentarze

  1. Lu! Cudowny impuls! Uwielbiam takie spontaniczne zrywy:)
    I jakie piękne miejsca Was otaczały!
    Pozdrawiam i brawo za spontaniczność!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu witam Cię ciepło i cieszę się szalenie, że o mnie nie zapomniałaś.
    Jestem teraz jakoś tak zupełnie niekulinarnie zorientowana w życiu i stąd mało mnie tutaj.
    Trochę mi wstyd ale liczę że samo się zmieni, bez specjalnych wysiłków.

    A wyprawa całkiem szalona, pierwszy raz byłam w Tatrach całkowicie omijając przy tym Zakopane.

    OdpowiedzUsuń
  3. no jak góry to kamienie :DDDD, no to komplet Lu jest :DDD
    Kochana ale piękne te twoje zdjęcia

    OdpowiedzUsuń
  4. Margotku buziaki, cieszę się, że jesteś.

    Staram się jak mogę, żeby zdjęcia były coraz lepsze, ale im dalej tym więcej niewiadomego przede mną.

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja właśnie w Tatry wybieram się na wakacje.
    Już nie mogę doczekać się tych widoków.

    OdpowiedzUsuń
  6. Lu, ja tak samo myślę o tobie *

    OdpowiedzUsuń
  7. Lu , co tam u ciebie? bo się stęskniłam :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Tort - "tylko bez lukru plastycznego, mamo"

Jak co roku w kwietniu przyszło mi zmierzyć się z tortem urodzinowym dla jednej z dwóch księżniczek ;) W tym roku poprzeczka zawędrowała wysoko. Tak jak w tytule, miało być bez lukru plastycznego, bo "tego nie da się zjeść takie jest słodkie". Wskazówki w rodzaju "taki zwykły tort mamo" były bardzo, no ale to bardzo pomocne. Kiedy jeszcze ostatniego dnia, dosłownie za pięć dwunasta, dziecina zaczęła pękać, że może jednak "tak tylko trochę tego lukru, na samym środku, żeby można było zdjąć", pomyślałam sobie - nie może on być, tort ten, taki znów zwykły. Bo niby jak to, u mnie zwykły tort??? Że się dziecko nie zachwyci? nie będzie łał? Całe piątkowe popołudnie, nie mówiąc o pokaźnej części soboty, spędziłam buszując w internetowych otchłaniach. Głowę napakowałam koncepcjami. Zaczerpnęłam inspiracji. Później i tak zrobiłam mniej lub bardziej po swojemu. Tort klasyczny - zwykły ;) ale nieco udekorowany zachwyt był a przy okazji wypróbowałam kilka

Wyprawa w nieznane

  Urzekła nas kiedyś dziecięca historia, jedna z całego cyklu opowieści Wojciecha Widłaka o Wesołym Ryjku, małym prosiaczku, mającym całkiem ludzkie przygody. Zapytany przez rodziców o to, dokąd chce jechać na wycieczkę w znane czy w nieznane, dziarsko decyduje się na nieznane, po czym po dotarciu do celu płacze, bo przecież on chciał „w to nieznane co w zeszłym tygodniu". Kiedyś myślałam, że ludzie dzielą się na takich, którzy zawsze, z uporem maniaka spędzają swoje wolne dni na działce, letnisku, ośrodku wczasowym, tym samym od lat, oraz na tych, którzy nie skalali się podróżą dwa razy w to samo miejsce, którym szkoda czasu na szlifowanie przetartych szlaków. Tych pierwszych nie do końca rozumiałam,   bo jakoś z tyłu głowy miałam zapisane (swoją drogą kto mi to wmówił?), że szkoda czasu na powroty. Byłam i trochę nadal jestem mistrzynią wymyślania „zajawek", nowych pomysłów, planów, podróży, odkryć. Bardzo lubiłam zaaplikować sobie nutkę niepewności, element zasko

Dorsz pod chrupiącą kołderką.

Zauważyłam, że za mało u mnie ryb. Chociaż bardzo je lubię. Kiedy jestem w restauracji zazwyczaj się kończy na jakiejś rybie, ostatnio był to diabeł morski, i raczej nie żałuję wyboru. W domu jakoś zapominam o rybach jako obiadowej możliwości. Może to dlatego, że do sklepu z naprawdę świeżymi rybami nie mam  jakoś bardzo blisko. Może po prostu trzeba wypracować nowe przyzwyczajenie i wtedy częściej sięgnę po to co pływa. Bywa, że mnie nagle olśni, kiedy dzwoni M. i pyta "Jestem na bazarku, coś jeszcze byś chciała?" Tym razem usłyszał "Tak świeżego dorsza, jeżeli są duże". Były, dorodne, duże płaty. Nie chciałam ich tak po prostu usmażyć. Poza tym wolę zdecydowanie wersję -wszystko na raz do piekarnika, od wersji -stanie nad patelnią. Poszperałam w książkach, w poszukiwaniu czegoś prostego. Odkurzyłam dawno nie używaną "Dania z ryb i owoców morza". Kiedyś uwielbiałam ją przeglądać, tak po prostu. Jest tam obszerny rozdział na temat wstępnego przygo