Przejdź do głównej zawartości

Posty

Z tęsknoty za ... i gofry na śniadanie.

Podobno nawet najbardziej ulubione słodycze mogą się przejeść. Podobno. Nie sprawdzałam. Tak na wszelki wypadek nie fundując sobie przesytu w tej materii. No tak, ale na to mam jakiś wpływ. Czasem większy, czasem mniejszy (no bo zachcianki, wiadomo ;)), ale mam. A na cukier puder, znów sypiący się z nieba, nie mam wpływu wcale. Szkoda. Chętnie bym zastąpiła czymś innym ten wygładzony, monotonny, chociaż czasem i owszem, całkiem bajkowy krajobraz. Dodała trochę blasku, kontrastu, ostrości. Domalowała pędzlem trochę barw. Skrzydlaci goście też jakby mniej energiczni, znudzeni. Jakby zdawali się mówić "Tylko ten słonecznik i słonecznik, odmiany jakiejś, odmiany" Może to dłuższy dzień, może świadomość, że już druga połowa lutego. Nie jestem pewna. Wiem, że w duszy chciałaby grać już wiosna. Nie tylko w mojej. W niespełna pięcioletniej też. "Mamo, ja bym chciała, zeby juz było zielono" Ja na razie łagodzę tęsknotę pękiem...

Mono i w kolorze :)

Od kiedy jest tak monochromatycznie? Nie pamiętam, dni okryte kołdrą zlewają się w jedno. Wokół tylko białość. Chociaż dzisiaj taka z wyższej półki. Od rana w słońcu, chociaż jakby rozcieńczonym, tańczą lodowe gwiazdki, niczym w rewii, skomplikowaną jakąś choreografię. "Mamo, mamo, pokażę Ci skarby" zakrzyknęło me dziecię, rzucając się szczupakiem w nieskalaną dotąd połać, która skrzyła się diamentowo i niezliczenie. I ja się tak rzucałam, kiedyś. I rzuciłabym się pewnie jeszcze i teraz (co tam twardość skryta pod połacią i stare kości). Tylko raczej nie w środku dnia, nie na osiedlowym trawniku. Jak mnie tęsknota przyciśnie to się rzucę na odludziu. Albo pod nocy osłoną, w świetle osiedlowej latarni. Chociaż to już nie to samo :) Trawnik po "spacerze" wyglądał jak zorany przez dziki. Żołędzi nie znaleziono, za to zapasy wody na ciężkie czasy, przywędrowały do domu, schowane w butach i rękawiczkach. W zimowej weekendowej kuchni jest...

Ostatni odcinek piernikowej opowieści:)

Za oknem piękne słońce, mroźnie skrzą się zaspy. Skrzydlaci goście jakby bardziej puszyści i nastroszeni. W domu jasno i ciepło. Jeszcze tylko żeby nikt nie kichał i nie kasłał. Trzymam kciuki za domowych chorujących, gotuję im rosół i donoszę herbatki. Jeszcze po cichu marzę o realizacji niektórych aromatycznych i słodkich planów. Zakupiłam furę bakalii. Może zdążę coś jeszcze upiec. A może nie. Przecież "choinka potrzebuje pięknego brokatowego łańcucha". I to jest znacznie ważniejsze. I to, że Petson z Findusem zrobili najdziwniejszą pod słońcem choinkę klik . I śnieżynkowe wycinanki na kuchennym oknie, jak co roku :))) Zdjęcia pierników robiłam w ponure wtorkowe popołudnie, kiedy słońce spało gdzieś wysoko, opatulone w szare piernaty. Za to ja pochylona nad kuchennym parapetem, najjaśniejszym miejscem w całym domu, przegrywałam walkę z odchodzącym dniem. Poddałam się, kiedy zapaliły się przed moim...

Pod śniegiem...

Schowane pod śniegiem świerki, zwykłe szyszki, z których mróz robi niezwykłe srebrne precjoza. Otulone zimową kołdrą koraliki jarzębin. I zbłąkany zimowy gość, który przysiadł tylko na chwilę, a może wcale go tam nie było.

Zagadka piernikowej porcelany

Urzekła mnie od pierwszego spojrzenia. Te wszystkie filiżanki, kubki, dzbanuszki... Wszystkie z motywem jelenia na tle zimowego lasu. Nie pamiętam zbyt wielu przepisów z tej książki, za to tę świąteczną porcelanę pamiętam ze szczegółami. Bardzo chciałabym taką mieć. Skoro jednak, jak można przeczytać w książce, jest to nierealne, postanowiłam ją sobie wyczarować w inny sposób. Kolorowy lukier na śnieżnobiałej cukrowej porcelanie to całkiem niezły pomysł, nieprawdaż? Przy okazji wpadłam na pomysł. Dla tego kto pierwszy wpisze w komentarzach tytuł książki , którą inspirowałam się przy produkcji piernikowej porcelany, otrzyma w prezencie dwa pierniczki: imbryczek i filiżankę . Postaram się jakoś tak je zapakować, żeby przetrwały trudy podróży.

Mroźny błękit i staroświeckie koronki.

Dawno temu, kiedy mroźne dni wyostrzały krajobraz, ogród spał, otulony skrzącą się gładką powierzchnią białego puchu. Cały świat zdawał się zwalniać swój szalony pęd.  Można było ze spokojem zasiąść w pobliżu wesoło migoczącego pomarańczowym światłem kominka, dziergając koronki. Tylko dzieci, którym nigdy jakoś zima nie straszna, nie bacząc na malinowe policzki i szczypiące nosy, z zapamiętaniem toczyły po podwórzu śnieżne kule.  Później, grzejąc zziębnięte palce przy kubku kakao, wesoło machały przez szybę do odpowiadającego im węgielkowym uśmiechem strażnika zimowego ogrodu.  Nastały takie dni, kiedy nie jest mi dane nacieszyć się dniem, chyba, że przez okno w pracy. Robienie zdjęć odłożyłam więc aż do dzisiaj. Lepsze nawet takie szare, ale jednak dzienne światło od wyżółcającej wszystko żarówki. Jutro zapraszam na dalszy ciąg piernikowej odysei 2012 ;)

Trochę starego złota i ...słodyczy ;)

Od dwóch dni mój świat to kuchenny stół, miseczki, szklaneczki, wykałaczki i pędzelki. No i audiobooki w tle całej tej zabawy. Zasypiam z widokiem pierniczków pod powiekami. Szaleństwo, prawda? Jednak nie potrafiłabym z niego zrezygnować. Wiem, że te widoczki pojawiły się już kiedyś w blogu. Jakoś co roku nie mogę się powstrzymać przed ich zrobieniem, zresztą jest na nie zapotrzebowanie wśród odbiorców ;))) Tak więc coś dla starszych: i coś dla trochę młodszych: